Partnerzy merytoryczni
Premier Morawiecki, Premier Donald Tusk i Andrzej Domański

Politycy ukryli przed nami rachunek wart 129 mld zł. Teraz to się zemści na każdym Polaku

W piątek agencja Moody’s obniżyła długoterminowy rating Polski z A2 do A3. Rząd dostał solidny cios. Opozycja zyskała maczugę do okładania ekipy Donalda Tuska, a rynek dowód na to, że fiskalna machina nad Wisłą powoli się zacina. To wydarzenie jednak powinno skłonić wszystkich do zupełnie innego spojrzenia na to, co się dzieje w finansach publicznych. Jak przeanalizował Biznes Enter, już w 2023 r. tuż przed wyborami Mateusz Morawiecki ukrył przed elektoratem cięcia budżetowe rzędu 129 mld zł. Wszystko po to, żeby na wykresach dług Polski nie przekroczył 60 proc. PKB. Po zmianie władzy minister finansów Andrzej Domański jednak nic z tym nie zrobił. Wręcz przeciwnie – dołożył kolejne wydatki. Efekt jest taki, że w 2029 r. Polacy mogą otrzymać potężny cios w portfele – poprzez emerytury i płace.

  • Teza. Finanse Polski wpadły w wir kłamstw. Zarówno ekipa Mateusza Morawieckiego, jak i Donalda Tuska odpowiada za to, że w najbliższych latach nasza wiarygodność na rynkach finansowych może maleć z powodu braku konsolidacji, czyli uporządkowania wydatków i dochodów. To z największą dawką prawdopodobieństwa doprowadzi do uderzenia w kieszenie Polaków w 2029 r.
  • Dowód. Mateusz Morawiecki już w 2023 r. rozpędził pociąg finansów publicznych do czerwoności i aby się nie wykoleił w przypisach dokumentów Ministerstwa Finansów pokazał hamowanie za blisko 130 mld zł. Następcy bojąc się słupków nie zamierzali hamować, a nawet lekko dodali gazu. Finanse naszego kraju wpadły w pułapkę.
  • Efekt. To wszystko najpewniej doprowadzi do uruchomienie rygorystycznych procedur sanacyjnych w 2029 r.. Wtedy rząd będzie musiał ciąć państwowe inwestycje, wstrzymać podwyżki w sferze budżetowej, czy obciąć waloryzację emerytur.
Historia imperium Gołębiewskiego

Liczby, w przeciwieństwie do polityków, są całkowicie odporne na urok osobisty i przedwyborczą retorykę. Biznes Enter dokładnie przejrzał oficjalne strategie i projekty budżetowe przygotowywane jeszcze przez Zjednoczoną Prawicę sprzed kilku lat. Widać w nich z premedytacją zaplanowaną operację pudrowania dziury budżetowej. Pod przykrywką urzędowego żargonu o „dostosowaniu fiskalnym” Mateusz Morawiecki w 2023 r. tuż przed wyborami skrył tykającą bombę – planowane cięcia i podwyżki podatków na gigantyczną kwotę 129 miliardów złotych.

Obecny rząd zamiast zatrzymać ten pędzący ku katastrofie pociąg długu, w obawie przed utratą wyborców zaczął jeszcze dorzucać węgla do pieca. Efekt tych działań jest prosty do przewidzenia – przekraczamy rubikon, za którym kończy się polityczna bajka, a zaczyna ustawowa sanacja finansów państwa, za którą wkrótce zapłaci każdy z nas.

Zapalnik, czyli Moody’s obniża rating naszego kraju

Wszystko zaczęło się od małego trzęsienia ziemi. Kiedy większość z nas przygotowywała się do weekendu, amerykańska agencja ratingowa Moody’s w zeszły piątek (18 września) ogłosiła decyzję o obniżeniu oceny ratingowej Polski z długo utrzymywanego poziomu A2 do A3. Perspektywa ratingu uległa zmianie z negatywnej na stabilną. To wydarzenie bez precedensu – jest to pierwsza taka decyzja w całej historii polskiej gospodarki dokonana przez tę konkretną agencję. Moody’s utrzymywała dla Polski rating A2 przez niewiarygodne dwadzieścia cztery lata.

Dlaczego ten bastion padł właśnie teraz? Obniżenie ratingu jest bezpośrednią odpowiedzią rynków na drastycznie pogarszającą się sytuację fiskalną państwa. Agencja Moody’s wskazała na utrzymujące się, strukturalnie wysokie deficyty fiskalne oraz lawinowo rosnące koszty odsetkowe, które nieuchronnie prowadzą do znacznego wzrostu długu publicznego i głębokiego pogorszenia wskaźników obsługi zadłużenia. Analitycy podkreślili jeszcze jedną bardzo ważną rzecz – klincz polityczny, w którym tkwi nasz kraj. Prowadzi on do braku porozumienia w najbardziej kluczowych sprawach dla naszej państwowości – suwerenności finansów publicznych.

Obecny minister finansów, Andrzej Domański, starał się uspokoić nastroje. Zapewniał, że rząd traktuje decyzję agencji „poważnie, ale spokojnie”. Zadeklarował on również chęć konsekwentnego wzmacniania finansów publicznych, zastrzegając jednak, że wymaga to współpracy wszystkich instytucji państwa, w tym prezydenta.

Z kolei były prezes Pekao, Leszek Skiba, wypunktował kluczowe powody degradacji takie jak osłabienie skuteczności polityki fiskalnej, olbrzymi deficyt generowany nawet w czasie dobrej koniunktury, brak gotowości do odbudowy buforów fiskalnych oraz miażdżące prognozy zakładające deficyt na poziomie 7 proc. PKB i dług sięgający 69 proc. PKB w 2027 r.

Festiwal hipokryzji

Decyzja Moody’s natychmiast wywołała burzę na polskiej scenie politycznej. Przedstawiciele opozycji przystąpili do bezwzględnej krytyki obecnego rządu Donalda Tuska. Były premier Mateusz Morawiecki, z nieskrywaną satysfakcją, obwieścił: „Ostrzegałem rok temu, że ci amatorzy do tego doprowadzą”, mówiąc na nagraniu, że przewidywany dług na poziomie bliskim 70 proc. PKB w przyszłym roku to „rachunek za życie państwa na kredyt”. – Dług nie znika, odsetki nie znikają i ktoś będzie musiał za to zapłacić. I zapłacą za to Polacy. My wszyscy. To jest właśnie efekt działań tego rządu złodziei i partaczy – przekonywał były premier.

Wtórował mu Przemysław Czarnek z PiS, podsumowując sytuację jednym słowem: „katastrofa”. Michał Wójcik, były wiceminister sprawiedliwości, drwił z szefa rządu, pytając retorycznie, czy obniżka ratingu to „wina PiS”, nazywając przy tym członków obecnego gabinetu „nieudacznikami”. W podobnym tonie wypowiedział się Piotr Müller, podkreślając historyczny wymiar obniżki – pierwszej od 24 lat – i z ironią „gratulując” Tuskowi oraz Domańskiemu.

W polityce pamięć bywa niezwykle krótka, a hipokryzja często stanowi główne narzędzie walki o poparcie. Politycy dzisiejszej opozycji, którzy z taką zaciekłością atakują obecny gabinet za doprowadzenie do fiskalnego kryzysu, zdają się cierpieć na wybiórczą amnezję. Prawda, udokumentowana twardymi danymi i plikami, jest bowiem taka, że to właśnie rząd Mateusza Morawieckiego zepchnął polskie finanse publiczne na klif unijnej procedury nadmiernego deficytu (EDP) i wprowadził nasz kraj na zgubną ścieżkę galopującego zadłużenia. Co więcej, to ekipa Zjednoczonej Prawicy w 2023 r. przygotowała grunt pod obecny kryzys, z pełną świadomością ukrywając niewygodne liczby pod płaszczykiem ogromnych cięć.

Wielkie oszustwo budżetowe 2023 r.

Aby zrozumieć skalę manipulacji, musimy cofnąć się do przełomu września i października 2023 r. Trwała wówczas gorąca kampania wyborcza. Politycy Zjednoczonej Prawicy, z premierem Morawieckim na czele, zapewniali z mównic, że stan kasy państwa jest doskonały. Mateusz Morawiecki publicznie deklarował, że w budżecie państwa zabezpieczono środki na sfinansowanie dosłownie wszystkich obietnic wyborczych Prawa i Sprawiedliwości – od 800+, przez 13. i 14. emeryturę, aż po gigantyczne wydatki zbrojeniowe.

Jednak w zaciszu gabinetów Ministerstwa Finansów, kierowanego wówczas przez Magdalenę Rzeczkowską, liczby nie chciały kłamać. Z niezależnych źródeł wynikało, że urzędnicy resortu dysponowali niepokojącymi szacunkami. Jasno z nich wynikało, że jeśli polityka rządu nie ulegnie radykalnej zmianie, zadłużenie Polski szybko przebije unijny próg 60 proc. PKB. Gdyby ta informacja wypłynęła tuż przed wyborami parlamentarnymi zrujnowałoby starannie budowany mit gospodarczego eldorado za czasów prawicy.

Jak można było zapobiec tej wizerunkowej katastrofie? Rząd postanowił posłużyć się klasyczną, choć skrajnie niebezpieczną, kreatywną księgowością. Na kilkanaście dni przed wyborami, bez absolutnie żadnego rozgłosu opublikowano dokument: „Strategię zarządzania długiem sektora finansów publicznych w latach 2024-2027”. To właśnie tam ukryto bolesną prawdę.

Dokonano manipulacji, którą Sławomir Dudek, ówczesny szef Instytutu Finansów Publicznych, a obecnie przewodniczący Rady Fiskalnej, przyrównał do słynnego usunięcia słów „lub czasopisma” z nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji, co legło u podstaw afery Rywina. W oficjalnym uzasadnieniu do projektu ustawy budżetowej na 2024 r. zapisano szacunki oparte na „minimalnym dostosowaniu fiskalnym” rzędu 0,5 pkt. proc. PKB rocznie. Tymczasem, w rzuconej Strategii zarządzania długiem, tę wartość w przypisie podniesiono do 1 pkt. proc. oraz dodatkowo założono coroczne oszczędności na poziomie ok. 1,1 proc. PKB.

Wycinek ostatniej strategii zarządzania długiem przygotowywanej przez rząd Mateusza Morawieckiego

Rząd PiS zostawił ekipie Tuska trupa w szafie

Ten niewinnie brzmiący dla laika, urzędniczy żargon krył w sobie ekonomiczną bombę wodorową. „Dostosowanie fiskalne na poziomie 1 pkt. proc. PKB” oznaczało ni mniej, ni więcej, tylko konieczność systemowego, trwałego ścięcia wydatków państwa lub drastycznego podniesienia podatków. W przełożeniu na twardą walutę, rząd Morawieckiego ukradkiem zaplanował cięcia w wysokości około 40 miliardów złotych w 2025 r., kolejnych 43 miliardów w 2026 r. i gigantycznych 45 miliardów w 2027 r.. Łącznie dawało to 129 mld zł systemowych oszczędności w zaledwie trzy lata.

Jakie byłyby tego skutki? Wygenerowanie 40 mld zł oszczędności w samym tylko 2025 r. wymagałoby jednoczesnego zlikwidowania 13. i 14. emerytury (co dałoby około 30 mld zł) i dorzucenia do niszczarki kolejnych projektów: wycofania się z podwyższenia zasiłku pogrzebowego, anulowania programu „Przyjazne Osiedle 2.0” oraz zablokowania emerytur stażowych (kolejne 10 mld zł). A to byłby dopiero początek. W latach 2026 i 2027, aby osiągnąć cel 88 mld zł dostosowania, należałoby ściąć sztandarowy program 800+ aż o dwie trzecie (z powrotem do 300+), by finalnie całkowicie go zlikwidować. Mimo to nadal brakowałoby blisko 30 miliardów złotych, które trzeba by wydrzeć obywatelom i biznesowi w podatkach. Wymagałoby to na przykład podniesienia podstawowej stawki podatku PIT z 12 proc. z powrotem do 18 proc., wywindowania podatku korporacyjnego CIT z 19 proc. do morderczych 40 proc., lub też uderzenia w konsumentów poprzez podniesienie stawki VAT z 23 proc. do astronomicznych 32 proc. Wszystko po to, żeby trzymać dług w ryzach.

Takiego trupa w szafie PiS zostawił następcom. IFP policzył, że bez zakładanego dostosowania i oszczędności dług w 2027 r. mógłby sięgnąć 67,4 proc. PKB.

Dzisiaj prognoza Ministerstwa Finansów za Andrzeja Domańskiego pokazuje na 2027 r. dług wynoszący 69,5 proc. PKB, a przy pełnym wykonaniu limitów deficytu (m.in. w samorządach) aż 70,6 proc. PKB. To więcej niż w ostrzegawczym scenariuszu IFP sprzed trzech lat. 

Obecny rząd nie tylko nie przeprowadził konsolidacji w skali wpisanej przez poprzedników. Do odziedziczonych zobowiązań dołożył własne, w tym „babciowe”, rentę wdowią i podwyżki wynagrodzeń w sektorze publicznym. Politycznie przyjemniej ogłaszać kolejne świadczenia niż wyjaśniać, kto za nie zapłaci. Słupki poparcia reagują od razu. Rachunek za dług przychodzi później. Znaleźliśmy się po drugiej stronie ekonomicznego lustra, w pełni zasługując na obniżony rating agencji Moody’s.

Rada Fiskalna bije na alarm, a rząd chce założyć jej klapki na oczy

O powadze sytuacji alarmuje nowo powołana, niezależna Rada Fiskalna (RF), na czele której stoi wspomniany Sławomir Dudek. Instytucja ta w swojej oficjalnej opinii rozjechała projekt budżetu państwa na 2027 rok niczym walec. Rada dowodzi, że stabilność państwa została oparta na bardzo optymistycznych założeniach i liczbach, co szeroko opisywaliśmy TUTAJ.

Dzięki niej dowiadujemy się, z jak kruchego materiału ulepiono budżet na przyszły rok. Po pierwsze, Ministerstwo Finansów ponownie wpisało do projektu aż 36 miliardów złotych z tytułu wspomnianych wcześniej „naturalnych oszczędności” (m.in. w samorządach), zakładając, że urzędy po prostu nie wydadzą przyznanych im środków. Jeśli te oszczędności zrealizują się zaledwie w jednej czwartej, Polska natychmiast złamie unijne wymogi dotyczące ścieżki wydatków netto.

Po drugie, stabilność oparto na wpływach rzędu 15 mld zł z tytułu podatków (zmiany w PIT, CIT, danina solidarnościowa), które nie zostały jeszcze nawet uchwalone przez parlament i mogą w każdej chwili zostać zawetowane przez prezydenta Nawrockiego.

Po trzecie, co jest najbardziej niebezpieczne z punktu widzenia społecznego bezpieczeństwa – w budżecie zakamuflowano potężną, 16-miliardową dziurę w systemie Narodowego Funduszu Zdrowia, ignorując systematyczne niedoszacowanie kosztów leczenia.

Jak na to reaguje Ministerstwo Finansów? W sposób, który budzi najgorsze skojarzenia z arogancją poprzedniej władzy. Resort Domańskiego wydał komunikat, w którym formalnie instruuje Radę Fiskalną, by ta powstrzymała się od analiz wieloletnich. „Opinia ma dotyczyć wyłącznie roku budżetowego, tj. roku 2027” – zadekretowali urzędnicy ministerstwa.

Jest to jednak próba ocenzurowania niezależnego organu i „założenia Radzie klapek na oczy”. Zastosujmy tę pokrętną logikę do sytuacji z 2023 r. Gdyby ówczesna Rada mogła patrzeć tylko na 2024 r., gigantyczny trik Morawieckiego nigdy nie zostałby ujawniony. Urzędnicy Domańskiego próbują dziś zastosować ten sam kamuflaż, każąc ekspertom zatrzymać wzrok dokładnie przed miejscem, gdzie zaczyna pojawiać się prawdziwa przepaść. Ma ona zresztą konkretną datę – to 2029 r.

Rok 2029 – nadchodzi czas sankcji i cięć

O ile w ujęciu unijnym (ESA 2010) polski dług już teraz pędzi ku 70 proc., o tyle w świetle polskiego prawa kluczowy jest tzw. Państwowy Dług Publiczny (PDP). I tu docieramy do najważniejszego punktu analizy. Według oficjalnych, rządowych prognoz, relacja krajowego długu publicznego do PKB wyniesie na koniec przyszłego roku dokładnie 54,8 proc. Daje to władzy mikroskopijny, iluzoryczny bufor w wysokości zaledwie 0,2 punktu procentowego (czyli około 10 mld zł) do pierwszego z ustawowych progów ostrożnościowych zapisanych w ustawie o finansach publicznych, wynoszącego 55 proc.

Wystarczy najmniejszy podmuch wiatru – nieprzewidziane zawirowanie walutowe, inflacja inna od założeń, lub niższy o 1 proc. nominalny PKB w 2027 r. – a bariera 55 proc. pęknie z hukiem. Skutki prawne tego wydarzenia uderzą w każdego Polaka, bez wyjątku.

Ustawa o finansach publicznych jest pod tym względem jednoznaczna. Przekroczenie progu 55 proc. oznacza automatyczne uruchomienie procedur sanacyjnych uregulowanych w artykule 86. Rząd w jej świetle musi gwałtownie zaciągnąć hamulec ręczny. W praktyce, w kolejnym budżecie (uchwalanym po ogłoszeniu przekroczenia długu), państwo zmuszone jest wdrożyć drastyczny program naprawczy.

  • Musi zostać uchwalony budżet państwa bez jakiegokolwiek deficytu, ewentualnie z deficytem o skali absolutnie minimalnej, gwarantującym bezwzględny spadek relacji długu do PKB w następnym roku.
  • Nastąpi bezwzględne zamrożenie wzrostu wynagrodzeń w całej państwowej sferze budżetowej, co bezpośrednio uderzy w portfele nauczycieli, urzędników i służb mundurowych.
  • Zablokowana zostanie realna waloryzacja rent i emerytur – ich wzrost zostanie obcięty wyłącznie do poziomu wskaźnikowej inflacji, kradnąc seniorom ich udział we wzroście gospodarczym kraju.
  • Wprowadzony zostanie ścisły zakaz udzielania nowych pożyczek oraz kredytów ze środków budżetu państwa.
  • Rząd będzie prawnie zobligowany do dokonania przeglądu stawek podatku VAT, co w politycznym słowniku oznacza prostą drogę do ich podwyżek.
  • Zablokowane zostanie uchwalanie przez samorządy terytorialne budżetów z deficytem.
  • Zostanie nałożony całkowity, twardy zakaz realizacji nowych, wielkich inwestycji krajowych, co w efekcie spowolni całą gospodarkę.

Dlaczego to finansowe tsunami zaleje nas właśnie w 2029 roku? Odpowiedź kryje się w mechanice politycznego kalendarza wyborczego. Wybory parlamentarne w Polsce przypadają na 2027 r.. Żaden polityk, obojętnie z jakiej formacji, nie wdroży drakońskich cięć i nie ogłosi załamania finansów państwa na chwilę przed pójściem do urn. Rząd doskonale zdaje sobie sprawę z bomby zadłużeniowej, ale za wszelką cenę będzie utrzymywał iluzję wypłacalności, przesuwając moment uderzenia w mur na czas po głosowaniu. Jeśli przekroczenie granicy 55 proc. PKB nastąpi fizycznie pod koniec 2027 roku, fakt ten zostanie oficjalnie potwierdzony i zaksięgowany dopiero w pierwszych miesiącach 2028 roku. Wtedy to na biurka ministrów nowo wyłonionego rządu spadnie potężny rachunek za lata księgowych sztuczek i politycznego cynizmu, a mechanizmy ostrożnościowe z artykułu 86 odpalą niczym gilotyna w ustawie budżetowej przygotowywanej na 2029 r.

Potrzeba okrągłego stołu wokół finansów publicznych

Tak jak pisaliśmy już nie raz w Biznes Enter, stoimy dziś na skraju fiskalnego urwiska, a kompas wskazuje tylko pogłębienie się problemów. Zakamuflowane cięcia budżetowe przygotowane przed wyborami w 2023 r. przez Mateusza Morawieckiego, połączone z brakiem odwagi do naprawy finansów przez obecny gabinet Donalda Tuska i Andrzeja Domańskiego, zaprowadziły Polskę w ślepy zaułek, czego tragicznym dowodem jest degradacja ratingu przez agencję Moody’s.

Próby zakładania klapek na oczy niezależnym organom, takim jak Rada Fiskalna, to jedynie przedłużanie agonii. Jak twierdzi uznany, światowy ekonomista Olivier Blanchard: „Reguły i rady fiskalne w sytuacji geopolitycznej zawieruchy stanowią kotwicę wiarygodności”. Niestety, w naszym kraju urzędnicy zdają się celowo tę kotwicę odcinać.

Jeśli koalicja rządząca i opozycja nie wypracują natychmiastowego, bolesnego, ale rzetelnego i wieloletniego paktu naprawczego opartego na ponadpartyjnym konsensusie, to w ciągu najbliższych kilku lat – w 2029 roku – słowo „sanacja” przestanie być tylko suchym przepisem w ustawie o finansach publicznych. Stanie się bolesną codziennością dla milionów Polaków. Zostanie odczuta w niższych emeryturach, zamrożonych pensjach, wyższych kosztach prowadzenia biznesu, wstrzymanych inwestycjach i dramatycznie podwyższonych podatkach, których po prostu nie da się już ukryć w rządowych przypisach. Czas na brawurę i pudrowanie Excela dobiegł końca. Jeśli nie zaciągniemy hamulca, po prostu zsuniemy się w rzeczywistość, której Polska nie doświadczyła przez ostatnie 35 lat.

Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter

Zdjęcie główne: Obraz wygenerowany przy pomocy AI

Motyw