Partnerzy merytoryczni
Michał Sołowow

Najbogatszy Polak ostrzega rodaków. Michał Sołowow dla Biznes Enter: „za sześć lat czeka nas katastrofa”

Za sześć lat Polskę czeka katastrofa – ostrzega w rozmowie z Biznes Enter Michał Sołowow, przedsiębiorca, inwestor oraz najbogatszy człowiek w Polsce. Jego zdaniem coraz bardziej staczamy się w gospodarczą otchłań. Wszystko przez brak najbardziej fundamentalnego surowca XXI wieku – stabilnej i taniej energii. Według miliardera cierpi na tym nasza konkurencyjność oraz fundament zdrowej gospodarki – inwestycje. – Koszty energii 20 lat temu nie przekraczały 3-4 proc., a teraz w moim biznesie kauczukowym wzrosły do 23 proc. – wylicza. Czym to się może skończyć i czy mamy jeszcze czas odwrócić czarny scenariusz?

  • Teza. Polska gospodarka znajduje się na krawędzi strukturalnego kryzysu, wynikającego z nadchodzącej w ciągu zaledwie sześciu lat dwugigawatowej luki w stabilnej podstawie systemu elektroenergetycznego (baseload), spowodowanej ekonomicznie i technicznie wymuszonym wygaszaniem przestarzałych bloków węglowych.
  • Dowód. Oficjalne modele Polskich Sieci Elektroenergetycznych wskazują, że już w 2027 r. standard bezpieczeństwa dostaw energii zostanie katastrofalnie złamany (wskaźnik LOLE przekroczy 50 godzin niedoborów rocznie), podczas gdy analizy inżynieryjne brytyjskiego dozoru jądrowego udowadniają, że rygorystyczna certyfikacja ratunkowych reaktorów SMR potrwa zbyt długo, by tę lukę natychmiast załatać.
  • Efekt. Brak dostępnej i taniej energii w podstawie doprowadzi do drastycznego spadku rentowności firm i powolnej dezindustrializacji, co z kolei wywoła ominięcie naszego kraju przez globalny kapitał szukający lokalizacji dla wielkich centrów przetwarzania danych i sztucznej inteligencji.
PKO Reklamy

Od ponad trzech dekad polska gospodarka pędzi do przodu z niesłabnącą dynamiką, budując swoją potęgę przemysłową na fundamencie relatywnie taniej, choć skrajnie wysokoemisyjnej energii węglowej. Historycznie nasz model rozwoju zakładał, że fabryki mogą produkować taniej niż na Zachodzie. Jednak dziś, w dobie zaawansowanej transformacji i rygorystycznej polityki klimatycznej, ten dawny fundament stał się naszym największym obciążeniem – ostrzega w rozmowie z Biznes Enter Michał Sołowow – najbogatszy Polak oraz znany inwestor z majątkiem szacowanym przez Forbes na blisko 28 mld zł. Co to tak naprawdę oznacza? I z czym przyjdzie nam się mierzyć?

Zacznijmy tę opowieść inaczej niż zwykle – od skutków, by przejść później do przyczyn i rozwiązań.

Wysokie ceny energii oznaczają koniec złotej ery biznesu nad Wisłą

Michał Sołowow diagnozuje dla nas stan polskiej gospodarki bezkompromisowo, uderzając w sam rdzeń makroekonomii – niskie inwestycje sektora prywatnego, czyli polskich przedsiębiorstw. Stopa inwestycji prywatnych wynosi w Polsce ok. 9 proc. PKB i jest wyraźnie niższa niż w krajach naszego regionu, gdzie wynosi 14-16 proc.

To właśnie inwestycje, które budują potencjał gospodarki na przyszłość, cierpią jako pierwsze przez widmo krachu energetycznego, który zbliża się do Polski wielkimi krokami – uważa przedsiębiorca.

Z jego punktu widzenia to nie tylko chwiejne lub złe prawo, kłopoty systemu sądowniczego, czy szeroko pojęta wojna polityczna są blokadą dla inwestycji nad Wisłą, a utrata przewag konkurencyjnych. Kapitał, zdaniem Michała Sołowowa, nie ma bowiem narodowości ani sentymentów. Jego absolutnie pierwszym wyborem jest zawsze rentowność i zwrot z inwestycji.

Miliarder podaje plastyczny przykład. – Jeżeli ten sam projekt zarabia dla mnie 30 proc. w Turcji i 5 proc. w Polsce, to gdzie go zrealizuję? – pyta retorycznie.

To nie musi być obudowane jakimiś wielkimi ideami. Pierwszym wyborem jest rentowność, zwrot z kapitału. Jeżeli nie widzę tego zwrotu i nie widzę tej rentowności, to szukam miejsca, gdzie on jest, albo nie realizuję inwestycji. Jeżeli wzrósł nam koszt robocizny, dokonaliśmy także bardzo dużych kapeksów [dokonanych nakładów inwestycyjnych – przyp. red.] to ciężko sobie wyobrazić dalszą automatyzację, która będzie dawała nam dźwignię w stosunku do naszych konkurentów. Po prostu w takim otoczeniu pozostałe koszty stają się krytyczne.

Michał Sołowow w rozmowie z Biznes Enter

Jak należy czytać słowa biznesmena? Przemysł, który przez lata dokonywał w Polsce ogromnych nakładów kapitałowych na automatyzację linii produkcyjnych, wyczerpał już proste rezerwy optymalizacyjne. Trudno przez to wyobrazić sobie dalszą robotyzację.

A tutaj liczby są przerażające. – Koszty energii 20 lat temu nie przekraczały 3-4 proc., a teraz w moim biznesie kauczukowym wzrosły do 23 proc. – wylicza miliarder. W takich warunkach marże znikają, a decyzja o relokacji zakładu poza granice Polski staje się bolesną alternatywą. Dlaczego tak się dzieje?

Węglowa pułapka i alarmowy raport PSE

Aby w pełni zrozumieć fizyczną i systemową skalę problemu, który wymusza tę dezindustrializację, musimy zajrzeć do trzewi systemu przesyłowego. Michał Sołowow wyjaśnia, że „za 6 lat Polskę może czekać katastrofa, gdyż właśnie wtedy ubędą nam 2 GW stabilnej mocy w podstawie, w tzw. baseloadzie”. „Baseload” to fundamentalna rzeka mocy, która musi płynąć przez cały system energetyczny kraju nieprzerwanie 24 godziny na dobę.

Co to oznacza? Mówimy tutaj o 2 gigawatach, czyli tyle, ile prądu w szczycie zimy zużywają Warszawa i Kraków razem wzięte lub pięć kombinatów KGHM, czyli największego pojedynczego „pożeracza” energii w kraju o ciągłym poborze rzędu 300-400 MW. Tworzy to wyrwę rzędu 7 proc. całej dostępnej mocy. Słowem, czeka nas nie tyle „strata”, ile załamanie ciągłości dostaw.

Za kolejne trzy lata (w perspektywie dziewięciu lat od dziś) deficyt urośnie do 10 GW – dodaje. I wylicza ten upadek z chirurgiczną precyzją, zakładając nawet bardzo pasywny model wzrostu konsumpcji energii na minimalnym poziomie 1,5 proc. I nie są to czcze ostrzeżenia.

Raport PSE, który powinien znać każdy Polak

Liczby podawane przez miliardera mają bezpośrednie odzwierciedlenie w analizach bezpieczeństwa Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE), które dwa lata temu pokazały raport „Ocena wystarczalności zasobów na poziomie krajowym 2025-2040”. Dokument obnaża smutną prawdę o stanie naszej krytycznej infrastruktury.

Średni wiek polskiego bloku centralnie dysponowanego (JWCD), opartego na węglu, przekracza obecnie 37 lat, a niemal 60 proc. z tych jednostek pracuje w systemie od ponad 40 lat. Z każdym rokiem ich zdolność do bezawaryjnego dostarczania mocy drastycznie maleje.

Co więcej, unijny system handlu uprawnieniami do emisji EU ETS działa jak finansowa gilotyna na rentowność starych siłowni, sprawiając, że bez państwowej kroplówki w postaci rynku mocy, ich marże stają się głęboko ujemne. Czeka nas lawina nieuniknionych, wymuszonych ekonomicznie i technicznie wyłączeń.

PSE, używając technicznej nomenklatury, mówi także o standardzie LOLE (Loss of Load Expectation – Utrata oczekiwanego obciążenia). Gdy dany kraj nie ma problemów z energią, dopuszcza się zaledwie trzy godziny w roku, gdy system nie pokrywa zapotrzebowania.

Prognozy na 2027 r. wskazują, że wskaźnik ten wystrzeli do ponad 50 godzin. Realizacja tego scenariusza i poważne kłopoty z siecią w kolejnych latach oznaczają, że, jak mówił wcześniej podczas Kongresu Polskiej Gospodarki Sołowow, „nie będzie inwestycji, nie będzie data center”.

Dekonstrukcja mitu Odnawialnych Źródeł Energii (OZE)

W debacie publicznej najczęstszym lekiem zapisywanym na tę chorobę są Odnawialne Źródła Energii. Sołowow w swoim wystąpieniu podczas Kongresu rzucał jednak wyzwanie temu paradygmatowi, stwierdzając stanowczo: „OZE nie jest żadnym rozwiązaniem. OZE jest złe jako profesjonalna energetyka”. Przekonywał, że o ile zielone źródła energii sprawdzają się jako energetyka rozproszona, o tyle jako fundament wielkiej energetyki profesjonalnej jest wręcz „zły” dla sieci, dla kraju i dla uprzemysłowionego państwa.

Dlaczego? Przedsiębiorca przedstawił architekturę rynkowych ukrytych kosztów. Mit darmowej energii z wiatru pryska, gdy spojrzymy na pełen profil konsumpcyjny, który dla przemysłu wynosi 24 godziny na dobę. Przemysł musi wiedzieć, że „w gniazdku jest prąd” niezależnie od pogody. Aby to zapewnić, państwo musi w tym samym czasie utrzymywać, opłacać i włączać jednostki konwencjonalne (węgiel, turbiny gazowe).

Dostało się także gazownikom. Według Michała Sołowowa turbina gazowa pracująca jako bufor dla OZE działa zaledwie przez 58 proc. do 90 proc. czasu w roku, co czyni ją nieefektywną kapitałowo. Do tego w tym biznesie działa silne lobby. – W naszym przypadku mamy do czynienia z bardzo silnym lobby gazów. I to jest jeden rynek na świecie gazu. Więc nie ma znaczenia, co jest dzisiaj. Ci ludzie patrzą w perspektywie pięciu, dziesięciu lat. To lobby gazowych bardzo istotne – zaznaczał podczas swojego speechu.

Musimy więc, jak zauważa miliarder, podwójnie dopłacać – kupować stosunkowo drogą energię z gazu i dodatkowo wspierać istnienie tej rezerwy różnymi technikami rynkowymi. Skutek? Kraje, które w nadmiernym stopniu zaimplementowały OZE (np. Wielka Brytania), zmagają się z dramatycznie wysokimi cenami prądu dla przedsiębiorstw.

Kolejnym, być może jeszcze groźniejszym, aspektem przeinwestowania w OZE i baterie jest geopolityczne uzależnienie. Jak punktuje Sołowow, opierając się na swoich doświadczeniach jako dystrybutor i producent w branży zielonej energii, uzależniamy się od jednego, autorytarnego dostawcy. – Mówię trochę sam przeciwko sobie – śmiał się i dodawał:

Obecnie 50 proc. komponentów do wiatraków to Chiny. W przypadku fotowoltaiki udział Chin wynosi 80 proc. i nie ma dla tego alternatywy. Magazyny energii to chińska dominacja rzędu 90 proc. – technologię z Państwa Środka znajdziemy nawet w amerykańskich Teslach. Jak kupimy dzisiaj te magazyny […] to za 10 lat kupimy je ponownie. Bo nie będzie żadnych innych dostawców.

Michał Sołowow podczas Kongresu Polskiej Gospodarki

I teraz najważniejsze. Pytanie zasadnicze brzmi: czy Michał Sołowow, strącając z piedestału OZE i elektrownie gazownie, ma rację?

Jak to jest z tym OZE i gazem?

Nie da się ukryć, że twarde prawa fizyki sieci przesyłowych potwierdzają jego słowa. I choć jest stroną w tej dyskusji (Sołowow chce zarabiać na małych elektrowniach jądrowych SMR-ach, o czym za chwilę), nie można odebrać mu racji. Przemysł ciężki, huty miedzi czy gigantyczne centra przetwarzania danych nie znają litości – pożerają energię w płaskim paśmie przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu.

Tymczasem raport Polskich Sieci Elektroenergetycznych wprost zakłada występowanie zjawisk określanych jako ciemne flauty (z niem. Dunkelflaute). Chodzi o oparte na danych klimatycznych z 38 lat okresy zimowych wyżów, kiedy wiatr dramatycznie słabnie, a gęste chmury całkowicie odcinają fotowoltaikę. W starciu z kilkutygodniowym brakiem słońca i wiatru system oparty wyłącznie na OZE po prostu upada, ciągnąc za sobą na dno całą energochłonną gospodarkę, dla której jakakolwiek przerwa w zasilaniu oznacza wielomilionowe, nieodwracalne straty.

Najbogatszy Polak nie wspomniał jednak nic o morskich farmach wiatrowych. A i tutaj polskie firmy walczą o palmę pierwszeństwa. Dla porządku wspomnimy tylko, że Adam Purwin, prezes zarządu Polenergia poinformował ostatnio, iż na Morzu Bałtyckim zamontowano pierwsze fundamenty farm offshore Bałtyk 2 i Bałtyk 3.

– Polskie bezpieczeństwo energetyczne w coraz większym stopniu opiera się na Bałtyku. Morska energetyka wiatrowa wchodzi w fazę realnych działań, a nasze projekty Bałtyk 2 i Bałtyk 3 zaczynają przybierać formę infrastruktury o strategicznym znaczeniu – przekonywał Purwin. Tam gdzie padają słowa o „strategicznym znaczeniu” (atom, offshore), możemy być pewni, że wielki biznes wyczuwa też spore stopy zwrotu.

Nie inaczej jest w kontekście elektrowni gazowych. Z pozoru turbiny gazowe (CCGT/OCGT) wydają się idealnym, elastycznym buforem ratunkowym dla kapryśnego wiatru i słońca. Jednak oficjalne modele finansowe PSE również przyznają rację polskiemu przedsiębiorcy, obnażając przy okazji rynkową patologię tego układu, znaną w ekonomii systemów zliberalizowanych jako Missing Money Problem. Wypychane z rynku przez tanie OZE turbiny gazowe pracują często zaledwie przez ułamek roku, co sprawia, że nigdy nie będą w stanie zarobić na pokrycie gigantycznych kosztów inwestycyjnych.

Raport PSE przyznaje to z rozbrajającą szczerością – by system nie runął i spełniał kryteria bezpieczeństwa, państwo musi stymulować budowę bloków gazowych, ale operują one na głęboko ujemnych marżach drugiego stopnia. W efekcie państwo i przedsiębiorcy stają się zakładnikami drogiego kompromisu, zrzucając się z publicznej kasy na utrzymanie nierentownych ubezpieczycieli systemu, nad którymi dodatkowo zawisła gilotyna rosnących unijnych opłat za emisję CO2.

Ostatecznym argumentem, który przypieczętowuje merytoryczną zasadność słów miliardera, jest geopolityka. Entuzjaści szybkiej, opartej wyłącznie na słońcu i wietrze transformacji zdają się ignorować fakt, że zamieniamy jedno strukturalne uzależnienie na drugie. Jeśli oprzemy krytyczną infrastrukturę energetyczną polskiego państwa na wielkoskalowych magazynach bateryjnych, za dekadę, gdy ulegną one chemicznej degradacji, będziemy zmuszeni kupić je ponownie od tego samego, autorytarnego, chińskiego dostawcy, ponieważ technologiczna alternatywa na rynkach zachodnich dziś praktycznie nie istnieje. 3:0 dla Michała Sołowowa. Twarde dane rynkowe potwierdzają jego słowa.

Amerykański atom, narodziny „Team SMR” i tarcza geopolityczna

Dlatego też w obliczu tak zdefiniowanej „katastrofy” energetycznej Sołowow postanowił uciec do przodu i poszukać rozwiązań w technologii małych reaktorów modułowych SMR (Small Modular Reactor, przez Sołowowa określanego mianem Standard Model Reactor), o których mówi już cała Europa. Inicjatywa ta zaczęła się ok. ośmiu lat temu. Jego zespół poszukujący stabilnej i taniej energii trafił do giganta technologicznego GE Hitachi w idealnym dla siebie, a niezwykle trudnym dla Amerykanów, momencie.

Światowy rynek jądrowy znajdował się wówczas w głębokim kryzysie. Po awarii w japońskiej Fukushimie Niemcy odeszli od atomu, a w USA tania ropa i gaz łupkowy zniszczyły ekonomię drogich projektów nuklearnych. Doprowadziło to do potężnego kryzysu i głośnego bankructwa branżowych gigantów takich jak Westinghouse – firmy, która pogrążyła się w miliardowych długach przy budowie zaledwie kilku reaktorów najnowszej generacji AP1000 (tej samej, która ma ostatecznie stanowić fundament polskiej elektrowni jądrowej na Pomorzu). Na tym tle GE Hitachi dysponowało potężnym zapleczem: 57 lat doświadczeń, dziewięć generacji reaktorów i 67 wybudowanych jednostek na świecie (rekord wśród firm prywatnych).

Polacy pokazali im jeszcze inną perspektywę – Europę dławioną przez podatki ETS, geopolitykę gazową, wojnę w Ukrainie, co skutkowało lawinowo rosnącymi kosztami energii. To nieco ożywiło amerykańsko-japońskiego kolosa, który miał „na półce” w połowie gotową technologię reaktora SMR. Do projektu dołączyli potężni gracze zza oceanu: kanadyjskie OPG (Ontario Power Generation) oraz amerykańska agencja rządowa TVA (Tennessee Valley Authority).

Zainwestowano gigantyczne środki. Sołowow podkreśla, że jego wehikuł inwestycyjny jest obecnie właścicielem 17 proc. tej globalnej technologii i ma prawa do jej wdrażania na całym świecie. Co więcej, jego polska firma uzyskała limitowane prawa wyłączności, pozwalające jej jako jedynej operować w całym regionie Europy Wschodniej.

Projekt zyskał też potężny wymiar geopolityczny. Po przejściu dogłębnej weryfikacji przez amerykańskie służby – co, jak gorzko zauważa miliarder, było łatwiejsze w Londynie i USA niż w Warszawie – pomysł zyskał wsparcie Departamentu Stanu USA oraz Departamentu Energii (DOE). Został on bowiem zaprezentowany jako „Clean Energy Shield” (tarcza czystej energii) dla naszej części świata. Amerykańskie służby dyplomatyczne dostrzegły strategiczną wartość we flocie reaktorów rozciągniętej od Litwy do Bułgarii, co nie tylko obniżyłoby ceny, ale fundamentalnie poprawiło niezależność energetyczną całego regionu.

Zderzenie marzeń z regulacyjnym murem

Warto się nieco pochylić nad rozwiązaniem, które proponuje Sołowow. Z jednej strony ostrzega on bowiem, że czeka nas energetyczny krach, z drugiej podsuwa recepty własnego biznesu. Czy SMR-y są więc skuteczne i przeszły już próbę ognia? Okazuje się, że tak.

W przypadku projektów energetycznych biznesowa determinacja to jedno, ale wdrożenie technologii nuklearnej przypomina zderzenie rozpędzonego pociągu z murem proceduralnym. Technologia proponowana przez najbogatszego Polaka nie odmieni rodzimej energetyki jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale jak pokazują niezależne badania, może ją znacznie polepszyć.

Biznes Enter dotarł do wnikliwego, niezależnego raportu brytyjskiego urzędu dozoru jądrowego ONR (Office for Nuclear Regulation). Dokument „Generic Design Assessment of the BWRX-300 – Step 2 assessment of Electrical Engineering” pokazuje olbrzymi rygor w tej branży.

Reaktor BWRX-300 (10. generacji) jest absolutnym majstersztykiem inżynieryjnym, zbudowanym wokół koncepcji bezpieczeństwa pasywnego. Wykorzystuje naturalną cyrkulację chłodziwa, eliminując wielkie, podatne na awarie pompy, i drastycznie redukuje zapotrzebowanie na aktywne wsparcie prądu zmiennego w sytuacjach awaryjnych.

Brytyjski dozór podkreśla jednak, że system oparty na doktrynie wielowarstwowej „Obrony w głąb” (Defence in Depth) niesie za sobą gigantyczne wymagania projektowe.

Po pierwsze, reaktor musi bezpiecznie wychłodzić rdzeń przez minimum 72 godziny przy całkowitym odcięciu od sieci zewnętrznej, zasilany wyłącznie z redundancyjnych baterii (Safety Class 1 UPS).

Po drugie, musi posiadać zasilanie dieselowskie. Mimo pasywności obiekt wymaga potężnych, zintegrowanych instalacji awaryjnych generatorów diesla (Standby Diesel Generators), które muszą gwarantować pełne obciążenie przez co najmniej siedem dni pracy bez przerwy.

Po trzecie, bodaj najtrudniejszym wyzwaniem dla brytyjskiej (a w konsekwencji i polskiej) adaptacji będzie tzw. kodeks sieci. Raport ONR ujawnia, że projekt rozwijany głównie dla amerykańskich i kanadyjskich rynków 60Hz, na tym etapie boryka się z ograniczeniami w dynamicznej odpowiedzi na zmiany częstotliwości europejskiej sieci 50Hz.

Powodem jest fizyka układu – reaktor działa w logice „turbina podąża za kotłem”, co utrudnia szybką modulację wymaganą przez operatorów przesyłowych. Rozwiązanie tego problemu i certyfikacja wg wyśrubowanych reguł bezpieczeństwa ALARP (As Low As Reasonably Practicable) wymaga wielomiesięcznych i niezwykle kosztownych prac inżynieryjnych.

Podsumowując, technologia istnieje, ale SMR-y nie są towarem z półki. Procedury certyfikacyjne i projektowe wymuszają czas, którego polskiej gospodarce dramatycznie brakuje.

Polityczny paraliż, kontrakt CFD i wiosna 2027 r.

Ale to nie wszystko, bo największym bodaj ryzykiem dla ratowania polskiego przemysłu nie jest technologia (która jest mimo wszystko wciąż dopracowywana) ani kapitał (który jest dostępny i chce na tym zarabiać), ale opieszałość państwa i ryzyko polityczne. Sołowow otwarcie ocenia je w naszym kraju na poziomie „średnim do wysokiego”, w przeciwieństwie do np. Wielkiej Brytanii („średnie do niskiego”). Zauważa gorzko, że politycy nie myślą długookresowo.

Na drodze rewolucji SMR w Polsce stoją zatem potężne siły oporu. Miliarder podczas przemówienia na Kongresie Polska Gospodarka porównywał to do sytuacji Tesli – gdyby to nie Elon Musk na wielkim, amerykańskim rynku forsował „elektryki”, ale ktoś w Polsce budował model Izery, opór lobby spalinowego zniszczyłby projekt w zarodku. W Polsce takich większych lub mniejszych przeszkadzaczy jest cała masa.

Mimo to przedsiębiorca widzi światełko w tunelu. W rozmowie z Biznes Enter zauważa, że „w rządzie jest masa krytyczna”, choć „nie ma jeszcze masy decyzyjnej”. Co jest absolutnym krokiem milowym do wbicia pierwszej łopaty?

Pierwszy krok milowy to jest niewątpliwie negocjacja kontraktu z CfD – wskazuje nam Michał Sołowow. Contract for Difference (Kontrakt Różnicowy) to państwowa gwarancja określonej ceny prądu dla inwestora – jeżeli cena rynkowa energii będzie niższa od gwarantowanej, rząd dopłaci różnicę. Co jednak równie ważne dla państwa, kontrakt ten chroni także budżet – jeśli energia na rynku będzie drastycznie droga, nadwyżka zysków inwestora wpłynie z powrotem do kasy państwowej.

Stawka wykracza poza samo zabezpieczenie zasilania. Jeden reaktor SMR to wydatek rzędu 2 mld euro lub około 2,5 mld ze wszystkimi dodatkowymi kosztami. Oczekiwana decyzja rządu o notyfikacji modelu CfD do Unii Europejskiej jest więc kluczem. Jeśli gabinety ministerialne przestaną zwlekać, odpowiedź na pytanie, kiedy zostanie wbita pierwsza łopata w budowę pierwszego SMR-a w Polsce brzmi: „na wiosnę 2027 r.”.

Historyczna szansa na „skok żaby”

Kryzys jest jednocześnie najpotężniejszym stymulantem innowacji. Sołowow konkludował podczas wystąpienia, że fatalny, przestarzały miks energetyczny, z którym Polska zmaga się dzisiaj, można paradoksalnie przekuć w spektakularne zwycięstwo.

Porównywał tę sytuację do transformacji lat 90. w obszarze telekomunikacji i bankowości. W Polsce nie było w tamtym czasie infrastruktury telefonii stacjonarnej na odpowiednim poziomie – cierpieliśmy z powodu jej braku i nie wydawaliśmy miliardów na ciągnięcie przestarzałych miedzianych kabli do każdego domu. Ta „biała plama” pozwoliła nam jednak przeskoczyć całą epokę technologiczną bezpośrednio do telefonii komórkowej i światłowodów, dzięki czemu transfer i jakość usług w Polsce jest dziś nierzadko wyższa niż w USA.

To samo dotyczy polskiej bankowości – zaznaczał. Pozbawieni balastu drogich systemów papierowych, wdrożyliśmy od zera najnowocześniejsze systemy płatności zbliżeniowych i aplikacji mobilnych, stając się liderem innowacyjności. Sołowow zauważa trafnie, że Elon Musk mógł zbudować potęgę Tesli właśnie dlatego, że produkował wyłącznie „elektryki” i nie posiadał potężnych aktywów oraz kosztów obsługi przestarzałego biznesu silników spalinowych.

Dziś Polska ma przed sobą identyczną, dziejową szansę na taki właśnie „żabi skok”. Nasze aktywa węglowe muszą umrzeć, ale na ich popiołach możemy wybudować najnowocześniejszy, stabilny i tani system zeroemisyjny bazujący na atomie dziesiątej generacji.

Jeżeli podejmiemy prawidłowe działania, szybko i w prawidłowym czasie, to okaże się, że możemy uzyskać istotną przewagę. I na poziomie Unii Europejskiej, i na poziomie światowym.

Michał Sołowow podczas Kongresu Polskiej Gospodarki

Czasu jednak mamy coraz mniej

Twarde krzywe wykresów w raportach takich jak dokument PSE czy analizy brytyjskiego ONR są obojętne na polityczną narrację. Reprezentują one granice fizyki przesyłowej i bilansów ekonomicznych.

Apel Michała Sołowowa to bezwzględnie najpoważniejsze ostrzeżenie, jakie wielki biznes wyartykułował w kierunku klas decyzyjnych w ostatnich latach. Polska znalazła się na rozdrożu o egzystencjalnym znaczeniu dla naszego miejsca w globalnym łańcuchu wartości.

Albo jako państwo zdołamy przełamać decyzyjny letarg – implementując twarde mechanizmy Contract for Difference, upraszczając procedury dozorowe i wbijając pierwszą łopatę pod reaktory wiosną 2027 r. – albo z własnej woli skażemy się na dezindustrializację – zdaje się mówić polski miliarder.

Zegar wyznaczający sześć lat do zapaści stabilnych fundamentów sieci – 2 GW dziury, która pociągnie za sobą falę wstrzymanych inwestycji – tyka coraz głośniej.

Katastrofa, którą widzi wielki kapitał, nie spadnie na nas z nieba jak meteor. Będzie pełznącą erozją marż, ewakuacją przemysłu i brakiem potężnych inwestycji w serwerownie napędzające światową rewolucję AI, zupełnie jak działo się to we Włoszech w ostatnich dekadach.

To my musimy zdecydować, czy w obliczu nadciągających niedoborów wybierzemy powolne odchodzenie do gospodarczej trzeciej ligi, czy obudzimy decydentów i stworzymy Clean Energy Shield – nowy, atomowy fundament naszej suwerenności. Czas na narady już się skończył. Teraz musimy przystąpić do działań.

Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter

Zdjęcie główne: Pracodawcy RP

Motyw