Partnerzy merytoryczni
Sushi piątki w firmie

Podwyżki pensji o 20 proc., sushi piątki, BMW 7 i darmowy basen. Firma dała pracownikom wszystko, a wyniki i tak spadają. Jak to możliwe?

Rozmawiałem ostatnio z kolegą, który opowiedział mi historię jednej z największych firm w Polsce w swojej wąskiej branży. Nie będę pisał o jaki sektor chodzi, bo nie w tym rzecz. Firma przez lata była zarządzana twardą ręką przez właściciela, notując spore wzrosty. Gdy zarząd się zmienił, doszło do władzy nowe pokolenie, które postanowiło oddać część owoców wielu lat harówki swoim pracownikom. Wprowadzono szereg benefitów i udogodnień, podwyższając również wszystkim pensje średnio o 20 proc. Jaki to dało efekt? Zamiast wzrostów, firma notuje notoryczne spadki. Czy pracownicy dostali za dużo i się rozleniwili? Czy nie doceniają empatii i dobrego serca swojego szefostwa? A może zaczęli firmę po prostu wykorzystywać? Nic z tych rzeczy.

  • Teza. Zastąpienie kultury wyników bezwarunkową kulturą komfortu i rozdawnictwem benefitów niszczy motywację wewnętrzną pracowników, zamiast ją budować.
  • Dowód. Prawa ekonomii behawioralnej, takie jak adaptacja hedoniczna i efekt nadmiernego uzasadnienia, dowodzą, że ludzie błyskawicznie zaczynają traktować przywileje jako należny standard, a płaskie podwyżki niepowiązane z indywidualnym wysiłkiem skutecznie demotywują najbardziej wybitne jednostki.
  • Efekt. Organizacja zamienia się w niezwykle kosztowną w utrzymaniu „złotą klatkę”, w której drastycznie rosnącym kosztom stałym towarzyszy paraliż wydajności, co pożera wypracowaną marżę i bezpośrednio zagraża stabilności finansowej biznesu.

Jako dziennikarz ekonomiczny rozmawiałem z tysiącami przedsiębiorców, ale co ciekawe w ostatnich latach coraz częściej słyszałem o zjawisku, które można by z powodzeniem nazwać „paradoksem utopii”. To moment, kiedy najlepsze intencje, podszyte empatią i chęcią zadośćuczynienia za błędy poprzednich pokoleń, stają się narzędziem zbrodni. Zbrodni na efektywności, innowacyjności i, ostatecznie, na samym sensie pracy.

Firma, o której opowiadał mi kolega, dała w krótkim czasie pracownikom prawie wszystko, a jednak jej sytuacja się nie poprawiła, a wręcz przeciwnie. Jest gorzej. Żeby zrozumieć ten mechanizm, musimy odrzucić popularne w Polsce stereotypy. Musimy przestać wierzyć w bajki, że pracownik to prosta maszyna, do której wystarczy wrzucić odpowiednią liczbę monet i benefitów, by wypluła z siebie zaangażowanie i wzrost. Człowiek to istota nieporównywalnie bardziej skomplikowana.

Ucieczka z folwarku do Disneylandu

Zacznijmy od początku. Polska transformacja gospodarcza lat 90. ukształtowała specyficzny model zarządzania. Ojciec-założyciel naszej firmy, nazwijmy ją „X”, najprawdopodobniej był tytanem pracy, człowiekiem, który budował kapitalizm gołymi rękami. Firmy z tamtego okresu często przypominały nowoczesne wersje dawnych folwarków. Zarządzanie opierało się na trzymaniu w ryzach kosztów, surowej hierarchii i etosie zaciskania pasa. Był to kapitalizm brutalny, ale w tamtych warunkach rynkowych – skuteczny.

Kiedy stery przejęły jego dzieci, weszły do gabinetu z zupełnie inną mapą mentalną. Przyniosły ze sobą zachodnie podręczniki, lewicową wrażliwość społeczną i głębokie przekonanie, że ojciec tkwił w mrocznych wiekach zarządzania. Chciały zbudować firmę, w której same chciałyby pracować. Zamiast kija, wiozły za sobą całą ciężarówkę marchewek.

Nowy zarząd wprowadził podwyżki – średnio 20 procent rok do roku dla wszystkich. Dołożył owocowe czwartki, sushi friday, pakiety Multisport, darmowy basen, wybór kaw w biurze, który zawstydziłyby baristów z placu Zbawiciela w Warszawie, i integracje dla setek osób raz do roku. Do tego doszły najnowsze BMW 7 dla dyrektorów spółek-córek, podróże klasą business, a nie – jak do tej pory – economic. Słowem, high life.

W głowie nowego zarządu równanie było proste – damy im wszystko, czego ojciec im odmawiał, a oni w zamian oddadzą firmie swoje serca i umysły. Zbudują imperium.

Problem w tym, że to równanie, choć piękne moralnie, jest fundamentalnie błędne z punktu widzenia ekonomii behawioralnej. Zarząd pomylił bowiem usuwanie dyskomfortu z budowaniem motywacji.

Jak to się dzieje, że ludzie się szybko przyzwyczajają „do dobrego”?

Dlaczego ten wspaniały plan musiał runąć? Pierwszym zabójcą, który grasuje po korytarzach takich firm, jest bezlitosne prawo ludzkiej neurologii – adaptacja hedoniczna.

Ludzki mózg jest maszyną zaprogramowaną do przetrwania, a nie do bycia wiecznie szczęśliwym. Kiedy wprowadzamy nowy, fantastyczny benefit – na przykład to nieszczęsne sushi w piątki – w mózgach pracowników następuje wyrzut dopaminy. Przez pierwsze trzy tygodnie wszyscy są zachwyceni. Czwarty tydzień to już przyjemna rutyna. W szóstym tygodniu brak ulubionego rodzaju rolki z łososiem staje się powodem do irytacji i oskarżeń o to, że „firma tnie koszty na pracownikach”.

To samo dotyczy siłowni, kawy i elastycznych godzin. Z punktu widzenia psychologii, każdy luksus wprowadzony na stałe, po bardzo krótkim czasie staje się prawem nabytym. Przestaje być nagrodą za wysiłek, a staje się minimalnym standardem, poniżej którego nie schodzimy. Pracownik idący na darmową siłownię nie myśli: „ależ ta firma jest wspaniała, jutro zrobię 120 proc. normy”. Myśli raczej: „należy mi się to, przecież ciężko pracuję”.

Adaptacja hedoniczna sprawia, że inwestycja w kulturę komfortu ma zerową stopę zwrotu z inwestycji (ROI) w długim terminie.

Dlatego też granica między dbaniem o pracownika a rozleniwieniem przebiega dokładnie w miejscu, w którym nagroda przestaje być warunkowa, a staje się gwarantowana.

Ale to nie owocowe czwartki zabiły wzrosty w firmie X. To było coś znacznie cięższego kalibru – polityka płacowa.

Ryczałtowa trucizna, czyli jak ukarać najlepszych

Nowy zarząd, jak słyszałem, podniósł pensje średnio o 20 procent rok do roku wszystkim. Zrobił to z poczucia sprawiedliwości społecznej – chciał, by każdy żył na wysokim poziomie. To był jego najpoważniejszy błąd, który uruchomił potężny, destrukcyjny mechanizm znany jako „efekt nadmiernego uzasadnienia”.

Zastanówmy się, jak taka decyzja wpływa na ekosystem firmy. W każdej organizacji mamy przekrój pracowników. Mamy tak zwanych „A-Players” – wybitnych, zmotywowanych, ciągnących firmę do przodu, pracujących ponad normę. Mamy solidnych rzemieślników („B-Players”) i mamy, brutalnie rzecz ujmując, pasażerów na gapę – ludzi, którzy robią absolutne minimum, by nie zostać zwolnionym („C-Players”).

Co się dzieje, gdy wlewasz w ten system płaskie, dwudziestoprocentowe podwyżki dla każdego? Pasażer na gapę dostaje sygnał: „moja strategia przetrwania jest genialna. Robię minimum, a firma i tak zasypuje mnie pieniędzmi. Nie muszę nic zmieniać”. Ale co dzieje się w głowie A-Playera? Ten pracownik widzi, że jego nadludzki wysiłek, innowacyjne pomysły i branie na siebie odpowiedzialności są wyceniane przez zarząd dokładnie tak samo, jak lenistwo kolegi z biurka obok.

To moment pęknięcia kontraktu psychologicznego. Wybitny pracownik czuje się oszukany i upokorzony. Jego motywacja wewnętrzna zostaje zniszczona. Zaczyna równać w dół, do średniej. Wkrótce orientuje się, że firma stała się złotą klatką. Ma za dobrze, by odejść do konkurencji, ale nie ma żadnego powodu, by starać się w obecnym miejscu. Innowacyjność umiera, a organizację toczy paraliż wygody.

W ten sposób firma X padła ofiarą własnej szczodrości. Wzrosty zamieniły się w spadki nie pomimo sprzyjającego rynku, ale właśnie z powodu tego, że na sprzyjającym rynku firma odpięła wynik finansowy od indywidualnego wysiłku swoich pracowników.

Obalenie polskiego mitu

Tutaj dochodzimy do miejsca, w którym musimy rozprawić się z pewnym krzywdzącym stereotypem, mocno zakorzenionym w polskim dyskursie publicznym. Istnieje fałszywe przekonanie, promowane często przez skrajne strony sporu politycznego, że polski pracownik to albo roszczeniowy leniuch, któremu „w głowie się poprzewracało od dobrobytu”, albo umęczona ofiara drapieżnego kapitalizmu, która potrzebuje bezwarunkowej opieki.

Obie tezy są błędne. Prawda o współczesnym polskim pracowniku, potwierdzana przez twarde dane makroekonomiczne i badania socjologiczne, jest zupełnie inna. Jesteśmy społeczeństwem na dorobku o wciąż potężnym głodzie sukcesu i ogromnej przedsiębiorczości. Polacy chcą pracować ciężko i chcą pracować mądrze. Chcą tworzyć wartość.

Problem polega na tym, że ludzie są niezwykle inteligentnymi graczami, którzy dostosowują się do reguł gry ustalanych przez system. Jeśli system, jak ten stworzony przez zarząd firmy X, nagradza za samą obecność, a nie za efekty – ludzie będą po prostu obecni. To nie jest wina ich rzekomego „roszczeniowego lenistwa”. To wina architektury wyboru, w której ich umieszczono. Jeśli ustawisz reguły gry w ten sposób, że biegnący na sto procent i ten idący spacerkiem dostają na mecie taki sam złoty medal, to w kolejnym wyścigu obaj pójdą spacerkiem. To nie lenistwo. To racjonalna optymalizacja wydatku energetycznego.

Zadajemy kłam twierdzeniu, że „nowoczesne zarządzanie” oznacza rozdawnictwo, a „tradycyjne” – wyzysk. Obie te drogi prowadzą na cmentarz.

Rozdawnictwo kontra wyzysk to fałszywa alternatywa

Gdzie zatem leży granica i jak firma X może zawrócić znad przepaści? Jak zarządzać sprawne i nowocześnie, łącząc empatię z twardym rachunkiem ekonomicznym? Ekonomia behawioralna nie zostawia nas z tym problemem samych. Oferuje konkretną, naukową receptę na wyjście z tego kryzysu.

Krok 1. Przesunięcie paradygmatu – z „kultury komfortu” na „kulturę wyników”

Przede wszystkim, firma musi przestać traktować dorosłych profesjonalistów jak dzieci w przedszkolu, które trzeba zabawiać nowymi zabawkami. Podstawowym obowiązkiem pracodawcy wobec pracownika nie jest zapewnienie mu darmowego jedzenia, ale zapewnienie mu sensownego środowiska pracy, w którym może wygrywać. Ludzie najbardziej angażują się wtedy, gdy czują poczucie sprawstwa i widzą, że ich praca ma znaczenie.

Krok 2. Chirurgiczne oddzielenie bazy od premii

Podwyżki „dla wszystkich i po równo” są najgorszym rozwiązaniem. Wynagrodzenie bazowe powinno gwarantować godne, rynkowe życie i być ewentualnie indeksowane o wskaźnik inflacji. Jednak to, co stanowić miało owe mityczne dwudziestoprocentowe wzrosty, musi zostać przesunięte do puli premiowej, ściśle powiązanej z mierzalnymi wynikami firmy, działu i samego pracownika. Jeśli chcesz zarabiać ponadprzeciętnie, musisz dowozić ponadprzeciętne rezultaty. Pieniądze muszą znów stać się nośnikiem informacji: „robisz to dobrze, firma rośnie dzięki tobie”.

Krok 3. Restrukturyzacja benefitów, czyli rozwój zamiast konsumpcji

Dbanie o pracownika nie polega na tuczeniu go sushi. Prawdziwe dbanie to budowanie jego rynkowej wartości. Badania pokazują jasno: najlepszych pracowników (naszych „A-Players”) nie zatrzymują piłkarzyki. Zatrzymuje ich poczucie, że w tej firmie stają się mądrzejsi i lepsi w swoim fachu. Nowoczesne firmy powinny zamienić benefity konsumpcyjne na benefity rozwojowe. Budżety szkoleniowe z prawdziwego zdarzenia, dostęp do najlepszych narzędzi (jak chociażby zaawansowane modele AI do codziennej pracy), jasne ścieżki awansu eksperckiego i menedżerskiego. To buduje lojalność, która nie znika w chwili, gdy zepsuje się ekspres do kawy.

Krok 4. Radykalna transparentność

Zarząd musi wyjść do ludzi i pokazać liczby. W nowoczesnym państwie i nowoczesnej firmie nie ma miejsca na feudalne ukrywanie ksiąg. Pracownicy muszą zrozumieć, że ich pensje, ich kawa i ich ubezpieczenia medyczne nie biorą się z magicznej drukarki w gabinecie CEO, ale z marży operacyjnej, którą wspólnie wypracowują na rynku. Jeśli marża spada (a urok rynku sprzyjającego nie trwa wiecznie), kosztowny model operacyjny musi zostać skorygowany, by uniknąć grupowych zwolnień. Zrozumienie mechanizmów ekonomicznych przez załogę to fundament, bez którego każda próba naprawy zostanie odebrana jako opresja.

Polska gospodarka na zakręcie nowoczesności

Historia firmy X to nie jest opowieść o złych pracownikach, którym woda sodowa uderzyła do głowy. To fascynujące studium przypadku o tym, jak łatwo zepsuć świetnie naoliwioną maszynę, gdy odrzuci się wiedzę o tym, jak funkcjonuje ludzki umysł.

Dzieci założyciela nie są czarnym charakterem tej historii. Ich błąd polegał na tym, że próbowali zrekompensować pracownikom deficyty przeszłości w najprostszy, najprymitywniejszy sposób – zalewając ich bezwarunkową gotówką i luksusem. W efekcie stworzyła środowisko, w którym ambicja została uśpiona, a poczucie celu rozpuściło się w morzu przywilejów.

Współczesne zarządzanie nie może być powrotem do brutalnego kapitalizmu lat 90. Nie ma zgody na wyzysk i brak szacunku. Ale szacunek do pracownika polega również na tym, by wymagać od niego profesjonalizmu, stawiać mu ambitne cele i sprawiedliwie wynagradzać za ich realizację. Prawdziwa empatia w biznesie to nie kupowanie ludziom obiadów. Prawdziwa empatia to stworzenie im warunków, w których mogą być dumni z tego, co osiągnęli.

Dopóki polskie firmy nie zrozumieją tej różnicy, ich drogie fotele biurowe pozostaną jedynie bardzo wygodnymi miejscami do obserwacji, jak ich firma powoli osuwa się w przepaść. I żadna, nawet najlepsza na świecie kawa, tego nie zmieni.

Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter

Zdjęcie główne: Grafika wygenerowana za pomocą Gemini

Motyw