Partnerzy merytoryczni
Zdjęcie przedstawia ruchliwe skrzyżowanie w centrum dużego miasta. Ujęcie wykonano z lotu ptaka.

Wojna w Iranie wpędziła Europę na strategiczne rozdroża. Ekspert ostrzega przed błędem

Wojna w Iranie stała się częścią europejskiej codzienności. Choć konflikt trwa prawie trzy miesiące, Europejczycy przypominają sobie o nim dopiero wtedy, gdy muszą płacić za tankowanie. Jego stawki zaś, dzięki subsydiom, w większości państw pozostają akceptowalne dla społeczeństwa. Mrożenie cen paliw nie rozwiązuje jednak problemu. Widmo kryzysu energetycznego wciąż wisi nad Europą.

  • Teza. Programy osłonowe wprowadzone przez państwa członkowskie, które miały chronić społeczeństwa przed wzrostem cen paliw, były błędem – twierdzi Daniel Gros, dyrektor Instytutu Polityki Europejskiej na Uniwersytecie Bocconi.
  • Dowód. Zdaniem eksperta sztuczne obniżanie cen paliw osłabia naturalny impuls do ograniczania emisji i przechodzenia na technologie zeroemisyjne. W efekcie konsumenci nie odczuwają realnej różnicy kosztów, która skłaniałaby do zmiany zachowań i inwestycji.
  • Efekt. Europa stoi dziś na strategicznym rozdrożu pomiędzy krótkoterminowymi potrzebami politycznymi a przyjętą przez siebie strategią zielonej transformacji energetycznej.

Pierwszym szokiem okazał się sam wybuch wojny. Drugim była błyskawiczna decyzja Iranu o zablokowaniu cieśniny Ormuz, czyli kluczowego szlaku dla globalnego handlu ropą i gazem. Zamknięcie liczącego zaledwie 33 kilometry szerokości przesmyku natychmiast wstrząsnęło rynkami. Ceny ropy i gazu gwałtownie poszły w górę.

Teheran rozpoczął w ten sposób grę na wyczerpanie ze Stanami Zjednoczonymi. Kto dłużej wytrzyma – reżim Ajatollahów pod ostrzałem bomb, czy światowe gospodarki będące pod presją wysokich cen surowców?

Stary Kontynent szybko stał się ofiarą tej gry.

Wojna w Iranie a kryzys energetyczny

Europa początkowo ze spokojem przyjęła wiadomość o nowej wojnie na Bliskim Wschodzie. Państwa kontynentu, zgodnie z narracją Waszyngtonu, uznały, że sytuacja wojenna jest przejściowa, a – co za tym idzie – blokada Ormuzu nie uderzy w nie tak mocno. Powód? Nasza część świata cechuje się niskim stopniem uzależnienia od tego szlaku morskiego.

Jak podaje Ośrodek Studiów Wschodnich (OSW), w 2025 r. przez cieśninę Ormuz do Europy trafiało:

  • ok. 5 proc. importowanej ropy naftowej,
  • 10 proc. produktów naftowych,
  • ok. 8 proc. LNG.

W zdecydowanie gorszym położeniu miały być kraje azjatyckie, dla których cieśnina Ormuz stanowiła jeden z głównych kierunku dostaw surowców energetycznych. W europejskich stolicach w pierwszych tygodniach wojny dominowało przekonanie, że konflikt zaraz uda się wygasić, a szalejące ceny na rynkach można po prostu przeczekać. Takie oczekiwania regularnie podsycał Donald Trump, publikując kolejne oświadczenia sugerujące, że porozumienie pozostaje blisko.

Tymczasem wojna trwa, a dyplomacja ugrzęzła w impasie mimo optymistycznych deklaracji płynących z Waszyngtonu. Z czasem skutki blokady Ormuzu zaczęły coraz mocniej uderzać w Europę. Po dwóch miesiącach ograniczenia dostaw nie dało się już ignorować narastającego zawirowania rynkowego wywołanego brakiem części surowców.

Aktualny szok podażowy pod względem wolumenu surowców i paliw przewyższa każdy z kryzysów naftowych z drugiej połowy XX wieku oraz ostatni kryzys gazowy z lat 2022-2023” – ocenia Ośrodek Studiów Wschodnich.

To właśnie ten szok okazał się zabójczy dla stabilności cen energii.

Europa reaguje na kryzys energetyczny

Rosnące ceny ropy, gazu i paliw zaczęły przekładać się na koszty transportu, produkcji i energii w całej Europie. Na początku kwietnia sytuacja na rynkach była na tyle poważna, że państwa Unii Europejskiej musiały zareagować. Kolejne kraje uruchamiały programy osłonowe mające złagodzić skutki kryzysu dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw.

Państwa członkowskie obniżały VAT i akcyzę na paliwa, ograniczały marże oraz wprowadzały dopłaty dla najbardziej energochłonnych sektorów gospodarki. Część rządów zdecydowała się także na czasowe zamrożenie cen lub wsparcie dla najuboższych odbiorców energii. Te wszystkie działania miały jednak swój koszt.

Od początku kwietnia europejskie rządy przeznaczyły już ponad 11 mld euro na ograniczanie skutków kryzysu energetycznego – podaje think-tank Bruegel. Ok. 72 proc. tej kwoty stanowią różnego rodzaju subsydia, czyli przede wszystkim obniżki VAT i akcyzy.

Wykres przedstawiający dane fiskalne krajów

Te działania miały być doraźną odpowiedzią na rosnące koszty społeczne wojny wywołanej przez USA i Izrael. Wprowadzenie tych programów spotkało się jednak z krytyką.

Jak dotąd reakcja rządów europejskich na irański szok energetyczny okazała się nieskuteczna – stwierdza Daniel Gros, dyrektor Instytutu Polityki Europejskiej na Uniwersytecie Bocconi w swoim komentarzu dla Project Syndicate. Zdaniem eksperta aktualna sytuacja jest szansą dla Europy na ożywienie zielonej transformacji. Uważa jednak, że europejskie rządy nie potrafią jej wykorzystać.

Wykorzystać kryzys i zazielenić energetykę

Główny zarzut Daniela Grossa dotyczy braku spójności europejskiej polityki energetycznej. Z jednej strony Unia Europejska deklaruje dążenie do zeroemisyjności i odchodzenia od paliw kopalnych, z drugiej nie wykorzystuje aktualnej sytuacji do tego, aby rzeczywiście odwrócić się od węglowodorów.

Podejście państw członkowskich do elektromobilności jest jaskrawym przypadkiem tej niespójności. Aktualnie w wielu krajach UE równolegle do siebie funkcjonują dotacje na zakup aut ze wtyczką i programy obniżające koszty benzyny. W ten sposób, zamiast wykorzystać rynkowy impuls do promocji napędu elektrycznego, rządy wspierają pozostawanie przy tradycyjnych rozwiązaniach.

W tym momencie naturalnie pojawia się argument, że obniżki na stacjach były konieczne, a wysokie ceny paliw zagrażały gospodarce. Gross ma jednak na ten temat inne zdanie. Argumentuje, że wzrost cen paliw w Europie i tak okazał się znacznie mniejszy niż globalny wzrost cen ropy.

Wskazuje na Niemców, u których cena 95-oktanowej benzyny wzrosła jedynie o niespełna 25 proc. (z około 1,80 euro za litr w styczniu do około 2,20 euro w kwietniu), podczas gdy ceny ropy na światowych rynkach wzrosły w tym samym czasie skoczyły o ponad 80 proc., z około 60 do ponad 110 dol. za baryłkę.

Taki wzrost cen paliw z perspektywy Grossa jest akceptowalny i nie wymagał interwencji państwa na rynku energii. Zamiast tego, jak podkreśla ekspert, państwa powinny wzmacniać rozwiązania oparte na mechanizmach rynkowych, które konsekwentnie zniechęcają do emisji. Dzięki temu w przyszłości będą mniej podatnymi na szoki na rynkach paliw.

Pieniądze, które zostały przeznaczone na subsydia, powinny pójść na rozwój zielonych technologii – stwierdza Gross.

Stanowisko eksperta podziela Komisja Europejska, czego dowodem jest opublikowana przez nią strategii wyjścia z kryzysu o nazwie AccelerateEU.

Komisja Europejska potwierdza obrany przez siebie kierunek

Opublikowany 22 kwietnia dokument nie przynosi żadnej rewolucji. Bruksela po raz kolejny oficjalnie potwierdza, że będzie trzymać się przyjętej przez siebie polityki energetycznej.

„Będziemy rozwijać nasz system energetyczny, inwestować dalej w czystą energię i stopniowo wycofywać paliwa kopalne z produkcji energii elektrycznej” – deklaruje w dokumencie Komisja Europejska.

Bruksela, podobnie jak Gross, stoi na stanowisku, że jednym z kluczowych problemów Unii Europejskiej pozostaje uzależnienie od importu energii. Około 57 proc. tej zużywanej w państwach członkowskich pochodzi z paliw kopalnych sprowadzanych spoza granic UE. W tym kontekście transformacja energetyki w kierunku czystych źródeł nie tylko realizuje cele klimatyczne. Ona przede wszystkim wzmacnia bezpieczeństwo energetyczne kontynentu.

Teraz w obliczu geopolitycznych realiów konfliktu na Bliskim Wschodzie należy ją znacznie przyspieszyć” – można przeczytać w dokumencie.

Na nową unijną strategię sceptycznie patrzy OSW.

Rodzi się jednak pytanie, czy AccelerateEU jest wystarczającą odpowiedzią na kryzys uznawany za największy (pod względem skali szoku podażowego) w historii, wiążący się przede wszystkim z pogłębieniem szeregu wcześniejszych strukturalnych problemów energetycznych Unii Europejskiej.

Agata Łoskot-Strachota, ekspertka OSW, w komentarzu pt. „Wojna w Zatoce i wyzwania dla unijnej polityki energetycznej”

Wątpliwości ekspertki wpisują się w szerszą debatę na temat modelu transformacji energetycznej przyjętego przez Unię Europejską. Jeszcze przed wybuchem wojny na Bliskim Wschodzie Bruksela była krytykowana za doprowadzenie do wzrostu cen energii dla gospodarek państw członkowskich. Warto w tym miejscu przypomnieć chociażby dyskusję na temat przyszłości systemu ETS, którą dokładnie opisywaliśmy na Biznes Enter.

Z tego powodu można mieć wątpliwości, czy w warunkach kryzysu uda się osiągnąć synergię działań zakładaną przez Komisję Europejską. Zwłaszcza że postanowienia zawarte w AccelerateEU mają charakter jedynie rekomendacji, a ich wdrożenie zależy już od decyzji państw członkowskich.

Mimo to dokument stanowi wyraźny sygnał polityczny i wskazuje kierunek, w którym Bruksela chciałaby rozwijać europejską politykę energetyczną. Pytanie jednak, czy jest to kierunek słuszny?

Ignacy Zieliński, dziennikarz Biznes Enter

Zdjęcie główne: Ryoji Iwata, Unsplash.com

Motyw