
Sytuacja budżetowa Polski jest niezwykle trudna i czeka nas zaciskanie pasa szybciej, niż dotychczas sugerowali rządzący. Tymczasem nikt o tym głośno nie mówi. Nie wiadomo nawet, jakie plany na cięcia wydatków i szukanie dodatkowych dochodów ma rząd. – Jest troszeczkę czasu na to, żeby konkrety się pojawiły, ale to już ostatnia chwila – przestrzega w rozmowie z Biznes Enter Ludwik Kotecki. Członek RPP zauważa też, że mogą nadejść jeszcze gorsze czasy, a nasz kraj nie szykuje żadnych „zapasów” finansowych.
- Teza. Po wyborach w 2027 r. Polskę czeka ostre hamowanie. Deficyt budżetowy przekroczy próg ostrzegawczy, a to oznacza cięcie wydatków państwa. Tymczasem nikt dziś o tym głośno nie rozmawia, jakby temat w ogóle nie istniał.
- Dowód. Zauważa to Ludwik Kotecki. W rozmowie z Biznes Enter członek Rady Polityki Pieniężnej podkreśla, że rząd ma coraz mniej czasu, aby przedstawić własny sposób walki z deficytem.
- Efekt. Przyszły gabinet, który powstanie po wyborach w 2027 r., odziedziczy ogromny problem, na który w zasadzie w ogóle się nie przygotowujemy jako państwo.
Deficyt państwa zbliża się do niebezpiecznej granicy. Spis treści
Z Ludwikiem Koteckim, ekonomistą i członkiem Rady Polityki Pieniężnej, Biznes Enter miał okazję porozmawiać podczas Impactu. Zapytaliśmy go m.in. o obawy dotyczące długu publicznego Polski. W końcu zeszłoroczny deficyt budżetowy był drugim co do wielkości w historii Polski. Nasz rozmówca zaznaczył, że rosnąca dziura utrzymuje się już od trzech lat, a więc jest to kwestia, którą „należy się zacząć już martwić”. Szczególnie że dostrzegają ją już rynki finansowe.
Agencje ratingowe już nam zamigały żółtym światłem po oczach obniżeniem perspektywy z neutralnej na negatywną [zrobiły to Fitch i Moody’s – przyp. red.] jeśli chodzi o rating. Można powiedzieć, że dopóki jest wzrost, to obecna sytuacja niepokoi, ale nie jest katastrofą. Ale jeśli on się skończy, a może się skończyć, bo gospodarka fluktuuje, to wtedy naprawdę będziemy musieli zacząć się martwić, bo w tej dobrej koniunkturze nie tworzymy „zapasów” na gorsze czasy.
Ludwik Kotecki, członek RPP, w rozmowie z Biznes Enter
Niebezpieczny deficyt. Alarmujący próg długu przekroczymy szybciej
A to nie koniec złych wieści, ponieważ – jak już pisaliśmy w Biznes Enter – Polska przekroczy 55-proc. próg ostrożnościowy zapisany w ustawie o finansach publicznych już w 2027 r., a nie rok później, jak zapowiadał wcześniej minister Andrzej Domański. To oznacza mocne zaciskanie pasa od 2029 r., gdyż o przekroczeniu dowiemy się w 2028 r., gdy spłyną wszystkie dane za poprzedni rok. A zatem dopiero przy kolejnym budżecie będzie obowiązywać ostrzejszy reżim.
Obejrzyj całą rozmowę z Ludwikiem Koteckim:
Co nie zmienia faktu, że przyszły rząd będzie musiał zderzyć się z konsekwencjami m.in. zamrożenia podwyżek budżetówce czy okrojenia waloryzacji rent i emerytur tylko do niezbędnego minimum. A przede wszystkim jego ustawa budżetowa będzie mogła zakładać minimalny deficyt – taki, który w całości będzie pokrywać prognoza wzrostu gospodarki.
Członek RPP podkreśla, że w swojej niedawnej opinii Rada Fiskalna punktowała, że rząd unika wskazania dokładnego momentu przekroczenia progu długu na poziomie 55 proc. PKB. Nie mówi też o tym, jak będzie wyglądała konsolidacja finansów publicznych, czyli nie wskazuje, gdzie będzie szukać oszczędności lub dodatkowych pieniędzy i jakie wydatki będzie ciąć.
– A dlaczego to jest ważne? Dlatego, że ma to istotny wpływ na wzrost gospodarczy, na naszą konsumpcję czy na nasze inwestycje. Jest jeszcze troszeczkę czasu na to, żeby te konkrety [dotyczące konsolidacji – red.] się pojawiły, no ale to już ostatnia chwila – przestrzega Ludwik Kotecki.
Członek RPP przyznaje też, że poważnej debacie o stanie finansów publicznych nie sprzyja… kalendarz. – Przyszłoroczne wybory nie będą pomagać przy budowaniu konsensusu politycznego do tych działań, które nie będą przecież niczym przyjemnym, ale będą konieczne – zauważa.
RPP „czeka i obserwuje”, ale jest gotowa do korekty stóp procentowych
Początek roku malował się w niezwykle optymistycznych barwach. Inflacja w styczniu i lutym wyniosła 2,1 proc., a więc była nieco poniżej celu Narodowego Banku Polskiego (2,5 proc. z możliwością odchyłu o 1 punkt procentowy w górę lub w dół). Analitycy i komentatorzy i już rozrysowywali scenariusze nadchodzących obniżek stóp procentowych, aż pojawił się czarny łabędź – wojna na Bliskim Wschodzie, która wywołała globalne niedobory węglowodorów i innych surowców niezbędnych dla świata.
Ludwik Kotecki zaznacza, że przed inwazją sił amerykańsko-izraelskich na Iran wszystko wskazywało na to, że wskaźnik wzrostu cen będzie utrzymywać się na poziomie 2 proc. przez cały rok. Niestety, niedobory ropy spowodowały wzrost inflacji do poziomów między 3 a 3,2 proc. w kolejnych miesiącach.
Teraz nasuwa się pytanie, co dalej? Jak długo ten konflikt będzie trwał? To po pierwsze. Drugie pytanie, co z CPN-em [rządowym programem obniżającym ceny paliw – red.]? Wracając do tematu finansów publicznych – przecież on również kosztuje. A to jest dodatkowy koszt tak naprawdę dla nas wszystkich. Choć oczywiście dziś nam troszeczkę pomaga, bo hamuje inflację.
Ludwik Kotecki, członek RPP, w rozmowie z Biznes Enter
Członek RPP ocenia, że inflacja do końca roku prawdopodobnie utrzyma się na poziomie ok. 3 proc., ale nie „nie powinna dużo mocniej wyskoczyć”. – To powoduje, że my, jak Rada, robimy trzy rzeczy: patrzymy, czekamy i jesteśmy gotowi. Gotowi na to, by w razie konieczności, niestety, zaostrzać politykę pieniężną – podkreśla, choć zaraz dodaje, że scenariusz ten „jest na stole, choć nie jest najbardziej prawdopodobny”.
NBP nie będzie mieć konstytucyjnej liczby członków zarządu? „Oby problem się nie pojawił”
Na szczytach władzy trwa impas dotyczący wyboru składu zarządu NBP. Formalnie procedura przebiega następująco:
- prezes NBP przedstawia kandydatów prezydentowi;
- prezydent przekazuje wniosek premierowi do kontrasygnaty;
- premier podpisuje się pod wnioskami i odsyła do prezydenta;
- prezydent podpisuje się pod wnioskami, a kandydaci stają członkami zarządu banku.
Przedstawiciele małego i dużego pałacu nie darzą się jednak sympatią i nie mają do siebie za grosz zaufania. To wywołuje problem z obsadzeniem dwóch powstałych wakatów po Marcie Kightley (pierwszej wiceprezesce) i Piotrze Pognowskim. A na horyzoncie jest jeszcze większy kłopot. W listopadzie upływa kadencja wiceprezesa Adama Lipińskiego – po jego odejściu bank centralny będzie mieć pięciu członków zarządu, choć konstytucja stanowi, że musi ich mieć między sześcioma a ośmioma.
Co o tym myśli członek RPP? – Trzymam kciuki, żeby ten problem w ogóle nam się nie pojawił. Jednak jesteśmy już chyba takim państwem, w którym politycy powinni znaleźć porozumienie w kwestiach zasadniczych dla państwa – wyraża nadzieję Ludwik Kotecki.
Oprac. Krystian Rosiński
Zdjęcie główne: Grafikę stworzył Sylwester Kluszczyński
