Partnerzy merytoryczni

Włosi cierpią katusze przez upadającą gospodarkę. Ta historia to ostrzeżenie dla Polski

– Ja tutaj pracuję. Pochodzę z Włoch. Ludzie myślą, że życie tam łatwe i proste. Ale tak nie jest. Wcale nie jest tak dobrze, jak się wydaje – mówi na jednym z tiktokowych nagrań młody Włoch spotkany na warszawskiej ulicy. To spontaniczne opisanie rzeczywistości jego państwa w istocie kryje jeszcze trudniejszą prawdę. Rzym znajduje się bowiem w gospodarczych sidłach, które z roku na rok zaciskają jeszcze mocniej. Dwóch ekonomistów kilka tygodni temu na ponad 450 wykresach ukazało „portret schyłku” tego kraju. Potężne dzieło jest przestrogą również dla Polski. Dlaczego?

  • Teza. Długotrwała stagnacja gospodarcza Włoch stanowi bezpośrednie i pilne ostrzeżenie dla Polski. Jeśli polska gospodarka zignoruje te sygnały i nie zmieni swojego dotychczasowego modelu opartego na taniej sile roboczej i imporcie technologii, grozi jej równie dotkliwy, strukturalny kryzys i zahamowanie wzrostu gospodarczego.
  • Dowód. Od połowy lat 90. skumulowany wzrost TFP we Włoszech jest bliski zeru lub wręcz ujemny. Gospodarka przestała innowacyjnie i efektywnie wykorzystywać kapitał oraz pracę. Włosi zatrzymali się na starych metodach technologicznych, co obniżyło ich potencjalne PKB do niebezpiecznie niskich poziomów (ok. 1 proc.).
  • Dowód. Włochy mierzą się z gwałtownym wzrostem liczby osób starszych (powyżej 65. roku życia) i dramatycznym spadkiem osób w wieku produkcyjnym oraz kobiet w wieku rozrodczym. Malejąca siła robocza musi utrzymać rosnącą rzeszę emerytów, co dusi system emerytalny i zdrowotny.
  • Efekt. Polska znajduje się w punkcie zwrotnym – wyczerpuje się nasz dotychczasowy model wzrostu gospodarczego. Włoska lekcja niesie ze sobą konkretne przestrogi dla Warszawy, a brak odpowiednich reform pociągnie za sobą fatalne konsekwencje.
PKO Reklamy

Znakomita, analityczna praca Guido Ascariego i Riccardo Trezziego zatytułowana „Portrait of a Decline” (Portret schyłku) – oparta na twardych danych pochodzących z renomowanych instytucji takich jak Bank Światowy czy OECD – nie pozostawia żadnych złudzeń. Włoska gospodarka ma olbrzymie kłopoty.

Włochy na równi pochyłej

To nie jest opowieść o chwilowej recesji wywołanej zewnętrznymi szokami. To drobiazgowa kronika powolnego, pełzającego rozkładu gospodarczego, który niczym rdza toczy fundamenty jednego z najważniejszych i najbogatszych niegdyś państw Europy. Włoska lekcja jest jedną z najtrudniejszych, ale i najbardziej pouczających, historii współczesnego kapitalizmu.

I jest to lekcja, z której Polska musi wyciągnąć wnioski natychmiast, zanim będzie za późno. Nasz kraj, pędzący od trzech dekad na fali bezprecedensowego wzrostu, wkracza właśnie w strefę potężnych turbulencji demograficznych i strukturalnych, które uderzyły we Włochy pod koniec lat 90. XX wieku.

Jeśli zignorujemy te sygnały ostrzegawcze, zaślepieni naszą dotychczasową, imponującą pogonią za Zachodem, polski „złoty wiek” może zakończyć się równie boleśnie i niepostrzeżenie.

Stagnacja Włoch jest długa i przygnębiająca

Kiedy wczytujemy się w opracowanie Ascariego i Trezziego, pierwszą rzeczą, która uderza analityka, jest skala i długotrwałość stagnacji. Dlaczego włoski wzrost tak drastycznie wyhamował? Dlaczego krzywe na wykresach od ponad dwóch dekad leżą płasko, podczas gdy w innych zaawansowanych gospodarkach pną się w górę? Odpowiedź kryje się w pojęciu, które brzmi bardzo technicznie, ale jest absolutnym kluczem do zrozumienia bogactwa narodów – to Łączna Produktywność Czynników Produkcji, czyli TFP (Total Factor Productivity).

TFP we Włoszech od lat 90. się załamuje. Źródło: theitaliandecline.com

Aby zrozumieć to zjawisko, wyobraźmy sobie, że cała gospodarka to gigantyczna piekarnia. W tej piekarni praca ludzka to piekarze, a kapitał to piece, miksery i sam budynek. TFP to nic innego jak sposób, w jaki ci piekarze korzystają z maszyn – to ich spryt, innowacyjne, lepsze przepisy, wydajniejsza organizacja pracy, czy nowoczesne oprogramowanie do przyjmowania zamówień.

Raport obnaża w tej dziedzinie prawdę – od połowy lat 90. włoska „piekarnia” przestała wymyślać lepsze sposoby pracy. Podczas gdy inne kraje inwestowały gigantyczne środki w nowe technologie, badania i rozwój (B+R), Włosi utknęli przy starych metodach.

Skumulowany wzrost TFP we Włoszech jest bliski zeru lub ujemny. Gospodarka ta ma pracowników i ma maszyny, ale z tej samej ilości „składników” wypracowuje dzisiaj tyle samo – lub wręcz mniej – bogactwa co trzydzieści lat temu. Inne kraje G20 potrafią z tej samej pracy i kapitału „upiec” znacznie więcej.

Ta zapaść innowacyjna oznacza, że Włochy nie stają się mądrzejsze ani nowocześniejsze. Przestały efektywnie wykorzystywać swoje zasoby, co doprowadziło do drastycznego spadku potencjalnego PKB – czyli tempa, w jakim gospodarka może bezpiecznie rosnąć bez wywoływania spirali inflacyjnej. Dziś ten potencjał we Włoszech zbliża się niebezpiecznie do 1 proc., ale szybko może znów spaść w okolice 0 proc.

Potencjalne PKB Włoch się kurczy.

Widmo pustych kołysek

Zapaść produktywności byłaby może możliwa do zamaskowania, gdyby Włochy miały do dyspozycji rosnącą armię młodych, gotowych do pracy ludzi. Niestety, uderzył w nich drugi, potężny cios – katastrofa demograficzna. Gospodarka Włoch cierpi na zjawisko tzw. odwróconej dywidendy demograficznej.

Wykres przedstawia 10-letni wzrost (w ujęciu rocznym) całkowitej liczby ludności.

Dane są przerażające. Następuje gwałtowny, skumulowany wzrost populacji osób starszych (powyżej 65. roku życia), przy jednoczesnym, dramatycznym spadku liczby osób w wieku produkcyjnym (15-64 lata). Co gorsza, drastycznie kurczy się liczba kobiet w wieku rozrodczym, co gwarantuje, że ten ponury trend będzie trwał przez kolejne dziesięciolecia.

Dlaczego to jest tak groźne? Wracając do metafory piekarni – jeśli nie potrafisz pracować mądrzej i zwiększać swojej wydajności z powodu braku innowacji (TFP), jedynym sposobem na utrzymanie wzrostu dochodów jest praca ciężej, dłużej, lub zwiększenie liczby piekarzy. We Włoszech jednak baza demograficzna się kurczy. Nie ma kto pracować więcej.

Kurcząca się siła robocza musi utrzymać rosnącą rzeszę emerytów, co generuje potężne koszty dla systemu opieki zdrowotnej i emerytalnego. Gospodarka, zamiast inwestować w przyszłość, musi finansować przeszłość. To równia pochyła, na której Włochy znalazły się już kilka dekad temu, ignorując pierwsze objawy.

Pętla długu i państwo ze związanymi rękoma

Całości tego ponurego obrazu dopełnia polityka fiskalna. Włochy są państwem przygniecionym gigantycznym zadłużeniem publicznym, jednym z najwyższych na świecie w relacji do PKB. Jak pokazuje analiza, ten dług nie jest tylko cyfrą w księgach ministerstwa finansów – to namacalny ciężar, który dusi wzrost.

Wysoki poziom długu publicznego wymusza na państwie nieustanny rygor fiskalny. Włoskie rządy od lat zmuszone są do generowania pierwotnych nadwyżek budżetowych (czyli sytuacji, w której wpływy z podatków przewyższają wydatki państwa, jeszcze przed odliczeniem kosztów obsługi długu). Oznacza to, że ogromna część podatków płaconych przez pracujących obywateli idzie wyłącznie na spłatę odsetek dla wierzycieli, a nie na stymulowanie gospodarki.

Dług Włoch w stosunku do PKB wynosi już blisko 140 proc.

Efekt? Widzimy to w danych o konsumpcji publicznej – realne wydatki państwa w przeliczeniu na mieszkańca uległy całkowitej stagnacji w porównaniu do innych krajów rozwiniętych. Państwo, uwięzione w gorsecie długu, nie ma funduszy na inwestycje, które mogłyby pobudzić produktywność (np. w infrastrukturę, edukację czy zaawansowaną cyfryzację). Niskie saldo fiskalne koreluje z niskim wzrostem PKB, tworząc błędne koło, z którego niezwykle trudno się wyrwać.

Rozdarte państwo – południe kontra północ

Aby zrozumieć Włochy, nie można traktować ich jako monolitu. „Portret schyłku” jednoznacznie wskazuje, że kraj ten to organizm gospodarczy rozdarty na pół. To państwo trwale pęknięte, w którym dynamiczniejsza, zindustrializowana Północ (regiony północno-zachodnie i północno-wschodnie) musi na swoich barkach dźwigać ciężar pogrążonego w stagnacji Południa i Wysp (Sycylii i Sardynii).

Ten tzw. North-South divide to nie jest tylko ciekawostka socjologiczna, a raczej kotwica, która ciągnie na dno wyniki całego państwa. Brak spójności gospodarczej, różnice w produktywności i wkładzie w nominalne PKB oznaczają, że Włochy marnują potężny potencjał ludzki i terytorialny.

Niemożność włączenia Południa do nowoczesnego obiegu gospodarczego to jedna z fundamentalnych porażek włoskich elit od czasów zjednoczenia kraju, która w dobie globalnej konkurencji mści się z podwójną siłą.

Czy jest nadzieja dla Rzymu?

Czy Italia skazana jest na powolne osuwanie się w niebyt i status pięknego, skąpanego w słońcu muzeum Europy? Mimo że wnioski z raportu Ascariego i Trezziego są bardzo pesymistyczne, w danych ukryte są iskry, z których można jeszcze rozniecić ogień odrodzenia.

Gdzie południowcy mogą upatrywać swoich szans? Po pierwsze, Rzym „dysponuje” górą prywatnych oszczędności. Włochy to kraj paradoksów. Biedne państwo zamieszkane przez bogatych obywateli. Raport wskazuje na bardzo wysoką stopę oszczędności brutto gospodarstw domowych.

Innymi słowy, Włosi mają gigantyczny kapitał wewnętrzny. Jeśli rząd i sektor finansowy zdołaliby stworzyć wehikuły, które w bezpieczny i opłacalny sposób przekierowałyby te zamrożone oszczędności w inwestycje prorozwojowe i innowacje – Włochy mogłyby sfinansować swoją transformację od wewnątrz.

Po drugie, Włosi są silni w usługach i wciąż mają mocną markę narodową. Dane dotyczące handlu zagranicznego pokazują, że pomimo spadku udziału w globalnym eksporcie ogółem, Italia wciąż utrzymuje bardzo mocną i konkurencyjną pozycję w zakresie terms of trade (warunków wymiany handlowej), zwłaszcza dla usług. Włoski kapitał kulturowy, design, turystyka premium i usługi specjalistyczne to asy w rękawie, które mogą rekompensować słabości tradycyjnego przemysłu ciężkiego.

Po trzecie w końcu, potrzebną cyfryzację może wymusić brak rąk do pracy. Istnieje szansa, że presja demograficzna paradoksalnie wymusi na włoskich przedsiębiorstwach skok technologiczny. Brak rąk do pracy może sprawić, że firmy, by przetrwać, będą musiały zainwestować w robotyzację i automatyzację. To wymuszone unowocześnienie mogłoby wreszcie wybudzić ze śpiączki ich wskaźnik TFP.

Polskie lustro. Czego musimy się wystrzegać jak ognia?

Co jednak jest najistotniejsze, to fakt, że na włoskim portrecie schyłku możemy dostrzec zarysy naszej własnej twarzy. Owszem, przez ostatnie 30 lat nasz kraj osiągnął oszałamiający sukces. Nasze PKB rosło w fenomenalnym tempie, a my goniliśmy bogaty Zachód. Polska wydajność pracy dynamicznie szybowała w górę, a dystans do czołówki się zmniejszał.

Jednak włoski cud gospodarczy lat 60. również wydawał się niezniszczalny, dopóki z wielkim hukiem nie uderzył w strukturalną ścianę. Polski model wzrostu – oparty na taniej, stosunkowo dobrze wykształconej sile roboczej, imporcie gotowych technologii i korzystnej fali demograficznej – właśnie dociera do swoich granic.

Dlatego też nie możemy powtórzyć błędów południa Europy. Ba, musimy wystrzegać się ich jak ognia, by nie popełnić gospodarczego samobójstwa w stylu włoskim. O co dokładnie chodzi? Oto lista najważniejszych zagadnień:

1. Zignorowanie zapaści demograficznej i utraty rąk do pracy

Polska, podobnie jak Włochy z lat 90., wchodzi w fazę „odwróconej dywidendy demograficznej”. Ekonomiści alarmują – tylko w ciągu ostatniej dekady nasza populacja w wieku produkcyjnym skurczyła się o 2,4 miliona osób. To tak, jakby z rynku pracy nagle zniknęli niemal wszyscy mieszkańcy Warszawy i Krakowa.

Jeśli nic nie zrobimy, system emerytalny ulegnie paraliżowi, a rosnące koszty opieki nad seniorami wydrenują budżet, co szeroko opisywaliśmy w Biznes Enter już niejednokrotnie. Polska musi absolutnie skupić się na skutecznej polityce prorodzinnej, mieszkaniowej (której brak utrwala depresję urodzeniową) oraz mądrej polityce imigracyjnej nastawionej na asymilację talentów. Bez tego, powtórzymy błąd Włochów i udusimy się z braku pracowników.

2. Brak inwestycji w innowacje i spadek TFP

Analitycy szacują, że starzenie się polskiego społeczeństwa obniży nasze tempo wzrostu wydajności pracy o 1,5 punktu procentowego rocznie do 2050 r. To dzwonek alarmowy. Nie możemy dłużej konkurować tylko tym, że jesteśmy tańsi od Niemców czy Francuzów.

Włosi utknęli w pułapce, bo nie inwestowali w badania i rozwój. Polska gospodarka musi dokonać radykalnego skoku z montowni Europy w centrum innowacji. Musimy drastycznie zwiększyć nakłady na B+R, pobudzić współpracę nauki z biznesem i zacząć sprzedawać światu własne, wysokomarżowe patenty i produkty. Inaczej zginiemy w tzw. pułapce średniego dochodu.

3. Uleganie pokusie życia na kredyt

Polska historia długu publicznego to sinusoida – na początku lat 90. mierzyliśmy się z potężnym ciężarem, który udało się zredukować, ale kryzysy (jak ten z 2008 r. z 8-procentowym deficytem czy ostatnie wydatki pandemiczne) pokazują naszą słabość.

Włoski przykład udowadnia, że ogromny dług to stryczek na szyi gospodarki. Zżera inwestycje i wymusza drastyczne cięcia. Polska polityka nie może opierać się na populistycznym rozdawnictwie i kupowaniu głosów za pożyczone pieniądze, bo rachunek za to zapłacą – stagnacją – nasze dzieci.

4. Zawłaszczanie państwa i erozja instytucji

Dlaczego Polsce po 1989 r. się udało? Ponieważ zbudowaliśmy solidne instytucje, państwo prawa i mechanizmy wolnej konkurencji. Włochy cierpią na systemową biurokratyzację i zabetonowanie rynków.

Polska musi wystrzegać się jak ognia tzw. state capture – politycznego zawłaszczania instytucji publicznych i państwowych firm. Złe, niejasne prawo podatkowe, upolitycznione sądy gospodarcze czy monopole rujnują zaufanie zagranicznych inwestorów i tłamszą wewnętrzną przedsiębiorczość.

5. Pogłębianie pęknięcia na Polskę A i Polskę B

Nie możemy pozwolić, aby polska prowincja i miasta średniej wielkości podzieliły los włoskiego Mezzogiorno (włoskie określenie oznaczające zarówno południe – porę dnia – jak i południową część półwyspu Apenińskiego). Masowe wyludnianie się ściany wschodniej czy dawnych miast wojewódzkich to potężne zagrożenie.

Skupienie całego bogactwa i innowacji tylko w Warszawie, Wrocławiu czy Trójmieście rozdziera kraj, degraduje kulturowo prowincję i w dłuższej perspektywie ciągnie w dół wzrost gospodarczy całego państwa. Polityka spójności infrastrukturalnej i cyfrowej to nasze być albo nie być.

Włoska lekcja dla Polaków

Czytając dane makroekonomiczne zawarte w „Portrait of a Decline”, można poczuć fizyczny wręcz chłód. Gospodarki nie umierają w blasku fleszy i z hukiem pękających giełdowych baniek rodem z hollywoodzkich filmów. Upadek zamożnego narodu to proces żmudny, milczący, pełzający w cieniu wykresów przez dekady. To powolna utrata wigoru, znikający powoli optymizm, niepostrzeżenie starzejące się ulice i pustoszejące sale badawcze.

Polska stoi dziś przed najważniejszym wyborem. Wykorzystaliśmy naszą historyczną szansę, jaką dała nam transformacja ustrojowa. Zbudowaliśmy nowoczesny kraj. Ale wyzwania opisane w materiałach z Włoch – kryzys wydajności i huragan demograficzny – stoją już u naszych bram. Gospodarka wymaga nieustannej pracy intelektualnej, inwestowania w przepisy naszej „piekarni” i bolesnych często reform długoterminowych.

Jeśli zlekceważymy te ostrzeżenia i zachłyśniemy się własnym sukcesem, za 30 lat ktoś napisze o polskiej gospodarce dokładnie taki sam raport. Włoska lekcja to surowe memento – naród, który przestaje patrzeć w przyszłość i dusi się pod własnym długiem, ostatecznie staje się jedynie luksusowym skansenem swojej własnej świetności. My tym skansenem stać się nie możemy. Mamy wszystko, co potrzebne, by z powodzeniem pisać własny, odrębny scenariusz – pod warunkiem że nauczymy się czytać ze zrozumieniem księgi błędów naszych europejskich przyjaciół.

Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter

Zdjęcie główne: CC0 Public Domain

Motyw